poniedziałek, 27 lipca 2009

Satnight feva

Chociaż na plaży wylądowaliśmy dość późno, bo tuż przed północą, to zostaliśmy długo - do świtu. Paweł zapraszając uprzedzał: może przyjść 5 a może 105 osób. Było bliżej tej drugiej liczby. Na początku, zanim zdążył otworzyć pierwsze piwo, policja spisała lidera naszej grupy. Podobno w razie czego, jakby impreza wyrwała się spod kontroli, móc go wydzwonić na komórkę.
Potem już nikt nam nie przeszkadzał. Wybitnie międzynarodowa mieszanka podzieliła się na trzy podgrupy - sportową, gawędziarską i spacerową.













Była też sekcja baletowa...

Ten kolega z Francji - nawet nie zdążyłem go spytać o imię - postanowił wypróbować polski spiryt (przyniesiony zresztą przez innego Francuza). Chwilę przekonywaliśmy go by sobie dał spokój. O tym, że można sobie permanentnie uszkodzić kubeczki smakowe; że to jest dobre z wodą, na miodzie i cytrynach; wreszcie, że my tym czyścimy maszyny!

Argumenty nie poskutkowały - ale jestem pewien, że więcej nie będzie próbował. Fotka powyżej pokazuję jego minę po dwóch szotach na czysto bez zakąski. Ta poniżej, obraz gościa po trzydziestu paru minutach. Leżał zamroczony w czarnym piachu do rana. Kilka osób na zmianę trzymało biedaka na boku gdy wymiotował, ktoś go nawet potem umył na twarzy, dał mu wody, przykrył czymś i sprawdzał puls; potem wszyscy sobie z nim robili zdjęcia. Wesoło było.

A świt nastał niepostrzeżenie.

5 komentarzy:

Graveer pisze...

Konkretna impreza ;)

p pisze...

Uwielbiam takie imprezy, wielokulturowe, sympatyczne, otwarte.. inspirujące i uśmiechnięte :) Pozdrawiam

pau pisze...

bajer

Maciek pisze...

świetne ;]

Wojciech pisze...

Fajna impreza aż żal że mnie tam nie było ^^ No cóż może kiedyś, już bliżej niż dalej ^^