środa, 13 maja 2009

Orientuj się!

Mimo pozytywnego odzewu na poprzedni wpis (dziękuję za e-maile, przeczytałem wszystkie, z odpisywaniem gorzej, jeśli chodzi o Golden Week, to oferuję jedynie zdjęcia z minimalistycznymi opisami), coś mi się zdaje, że chyba za długi tekst zarzuciłem, bo właściciel i inni współtwórcy zamilkli… Tym razem będzie krócej i z ilustracjami :)

Ponad miesiąc temu, na początku pierwszego semestru (czyli w pierwszych dniach kwietnia), po raz pierwszy zostałem "dopuszczony" do wprowadzania studentów pierwszego roku w Świat Studiów (przypadkowo, w zastępstwie, bo adiunktom takie „honory” się nie należą). „Inicjacja” polega na zebraniu czterdziestoosobowej grupy nowicjuszy (nie, nie trzeba tego robić dla tysięcy pierwszaków z wszystkich wydziałów naraz), zebraniu od nich wypisanych wcześniej formularzy w kolejności numerów legitymacji (od odpowiedzi na ankiety po kartki z adresami domów rodzinnych), rozdaniu im kilkukilogramowych (!) toreb z informatorami, oraz wyjaśnieniu podstaw – gdzie i jak się uczyć, jak dawać sobię radę z dala od rodziny oraz jak się bawić :) Szczegóły pogadanki zajęłyby trzy razy więcej miejsca niż poprzedni wpis, więc umieszczę tylko parę przykładów z przepastnej Torby Orientacyjnej, żebyście poznali powód, dla którego zajęcia zaczynają się dopiero w drugim tygodniu kwietnia :) Swoją drogą nie wiem, może w Polsce też się tak teraz wyposaża nowych studentów, za moich czasów dostawało się tylko indeks i to też nie tak od razu...

Tutaj, żeby przyswoić sobie te wszystkie bardzo szczegółowe informacje, potrzeba przynajmniej tygodnia i półtoragodzinna pogadanka ledwo wystarcza, żeby wymienić tytuły folderów, przytoczyć parę nakazów, zakazów i ostrzec przed Złym.

Kocie! Kocico! Jesteście frajerami, więc strzeżcie się licznych pokus czyhających na wasz brak doświadczenia!

Na przykład, wystrzegaj się miłych dziewczyn zapraszających cię na indyjskie curry, bo na mur beton skończysz w sekcie.

Cztery inne klasyczne rodzaje naciągania kota to Przepowiadanie Przyszłości, Leczenie Magią, Wypełnianie Energią Życiową oraz Trzydniowe Zmienianie Siebie.

Zaczniesz dorabiać, będziesz dysponować większą gotówką! Strzeż się dosłownie wszystkich i wszystkiego!

Dbaj o Trawnik nie znaczy Dbaj o Hokkaido, ale Dbaj o Ziemię!

Dbaj o Zdrowie, czyli np. o tym, że oszczędzanie na jedzeniu może się źle skończyć.

Dbaj o wątrobę, bo historia tej uczelni udowadnia, iż alkohol potrafi zbierać śmiertelne żniwo.

Komputery na kampusie, czyli Bądź Dżentelmenem, nie łam zasad!

Jak widać na załączonych obrazkach Uniwerek Hokkaido lubi dmuchać na zimne. Ale lubi też przesadzać. Na przykład ze względu na świńską grypę wymyślili (tzn. wymyśla to Uniwerek Tokijski, a reszta "cesarskich" małpuje), że pracownicy mają odwołać wszelkie delegacje do krajów „zarażonych”, a jeśli już pojadą, to po powrocie mają poddawać się domowej tygodniowej kwarantannie i nie wolno im przychodzić na uczelnię. Zrezygnowałem z majowego wyjazdu do Denver, a czerwcowe Shikoku stoi pod znakiem zapytania, bo przedtem jestem w „zainfekowanym” Hongkongu, czyli stanowię potencjalne zagrożenie dla mieszkańców czwartej co do wielkości japońskiej wyspy. Ale z drugiej strony, dzięki przymusowej „kwarantannie” kolegów po fachu, pójdę na parę(naście?) zastępstw i będzie można napisać o nowych doświadczeniach :)

13 komentarzy:

Mizuu pisze...

O, to wyjasnia, czemu w ubiegłym tygodniu nie zjawila sie na UAMie delegacja z Japonii, ktora miala podpisywac umowy na wymiany studentow na nastepny rok. Coz, kolejny rok bez wymian dla ludzi spoza japonistyki.

A stuentow, jak co rok patrze na pierwszoroczych, nadal sie tak u nas nie wyposaza.

RadaZ pisze...

E, za krotka ta notatka... Co do folderow i ulotek to nawet, jesli w Polsce by mialy byc - na pewno by nie bylo tak bogata i zabawnie ilustrowane, "bo przeciez uniwersytet to powazna instytucja" - mowiliby Ci Wazni.

Galeria Malzonki rewelacyjna. I inspirujaca - tego samego dnia, jak ja zobaczylem... posprzatalem swoj pokoj. XD

Czas isc na grilla na swoj kampusowy trawnik. Pozdrawiam. :)

Puchatek w Szortach pisze...

Z curry to tok myslenia w stylu: nie chodz do fryzjera, bo skonczysz jako semita :P

WiT pisze...

Właściciel wypoczywa w k-raju co nie znaczy, że zamilkł. Po prostu wychodzi z szoku kulturowego - by niedługo powrócić z odświeżonymi chęciami do życia (i pisania).

p pisze...

Ciekawe czy taki pierwszak czyta takie informatory czy oddają na makulaturę? Miło że ktoś pokazuje uczelnie, pamiętam swoją bieganinę po kampusie :)

Dziś dostałem ulotkę z Health Center informującą żebym mył ręce i nie wychodził z domu jak będę miał gorączkę ;)

Nomad pisze...

O matko... nie myślałem, ze jest to aż tak pokręcony (czytaj inny) kraj. I ten róż...
Świetny blog :)

Kabura pisze...

Hm, zależy z której strony patrzysz :)
Po jakimś czasie gubisz się i przestajesz wiedzieć, co to znaczy "normalny", więc "pokręcony" zaczyna być ten, który nie działa zgodnie z instynktowną logiką, a nie logiką przyzwyczajenia. Na przykład przestaje być dla Ciebie normalne, że opakowanie nie otwiera się z łatwością, mimo, że się męczyłeś pół życia i nigdy nie myślałeś, że producent powinien Ci maksymalnie ułatwić życia...

Mizuu - może ja pojadę podpisać jakieś papiery na wymianę? Mam mały nadmiar japonistów, a mało imprez w Poznaniu :)

Radazie, gdybym napisał dłużej, opóźniłbym odpisywanie na maile o kolejny tydzień :)

Właścicielu, ciesz się kiełbasą, już niedługo owrót do tych niezdrowych surowych rybek :) Myślałem, że wyjechałeś tylko na chwilę do HK, gdybym wcześniej wiedział, że kota nie ma w domu, to by myszka bardziej poharcowała :)

Kabura pisze...

Ach, zapomniałem napisać, że rzecz jasna, papier idzie w Japonii na makulaturę. Wszystkie gazety, reklamy, mangi i informatory są obwiązywane sznureczkiem, wystawiane na zewnątrz, a panowie makulaturowcy wrzucają paczuszki na paki swoich białych mni-ciężarówek.

Anonimowy pisze...

Ej, chwilka !
Jaki pokręcony i normalny... Kabura pisze z Kosmosu. Po prostu. Nie ma tam niczego dziwnego. Dziwność zaczyna się tutaj, kiedy to czytamy z naszej perspektywy, albo kiedy Kabura znajdzie się tutaj ( wtedy tez odczuje dziwność zepsutych "łatwootwierającychsiępaczek".
Dzięki temu blogowi ja jeszcze bardziej lubię jeść surowe rybki Tutaj, a Kabura jeszcze bardziej tęskni za kiełbasą...
Dla mnie jest ok ;-)
Ash

mona pisze...

Mnie ani logika instynktowna, ani ta z przyzwyczajenia, nie chroni przed zdziwieniem na widok takichże i podobnych ulotek właśnie. Wydaje mi się,że do tego, by przynajmniej "dać sobie radę" wystarczy instynkt samozachowawczy i trochę wyobraźni.A ilość i forma podobnych komunikatów, z którymi co rusz spotykam się w codziennym życiu tu, w Jp, wprawia mnie czasem w osłupienie.Np.posiedźcie sobie chwile w aptece i dokładnie rozejrzyjcie wokół... ;) W ogóle, kupowanie leków to cały cyrk, ale o tym chyba już kiedyś WIT pisał. Nie wiem, czy z tego wszystkiego nie więcej szkody, czy pożytku? Czy to nie oducza samodzielnego myślenia? Nie usypia instynktów? Zawsze i wszędzie ktoś za ludzi zadecyduje, napisze,co i jak robić, wytłumaczy i narysuje (tu chylę czoła - wprost genialne bywają rożne szkice - np.uśmiechnięta, swobodna...kupa promująca lek na zatwardzenie).
Potem nie umieją się poruszać po ulicy, bo nie ma narysowanego kierunku, ani kreatywnie rozwiązać problemu, bo nie ma instrukcji krok po kroku. Gdy sie wyrasta w takim kraju, każda wyprawa poza jego granice staje się szkołą przetrwania ;) Dobrobyt rozleniwia...
PS. Ten fragment o indyjskim curry to przetłumaczony dosłownie? Bo jest strasznie rasistowski! W Kobe np. żyje duża mniejszość hindusów - na ich miejscu chyba bym poczuła sie dotknięta... Serio tak jest napisane w ulotce?

Puchatek w Szortach pisze...

Owszem, w pierwszym dymku wyraznie pisze o jedzeniu curry z Indii/hinduskiego curry. Dalszych dymkow juz malo rozumiem, wiec moze ktos bardziej uczony sie wypowie ;)

PS - wie ktos, gdzie na sieci znalezc w miare uproszczona angielska mape najbardziej podstawowych linii kolei/metra w Osace? Taka, zebym sie tam odnalezc umial,a nie ktora wyglada jak pajak z rozwolnieniem? Najbardziej mnie interesuje, zeby bylo z niej widac jak sie poruszac miedzy Umeda i kampusami w Toyonaka i Suita.

Kabura pisze...

Mój żart mógł przeinaczyć sens obrazka z curry. Tam chodzi o to, że skuszą Cię na coś, co lubisz (w tym przypadku potrawkę indyjską), a potem okaże się, że nie ma ani potrawki, ani nawet hindusów - tylko szalona guru z kultu masażu stopy, czciciele szatana, itp.

Jeśli chodzi o tony instrukcji i ilustracji, to podpisuję się pod zdaniem, że one rozleniwiają. Ale przeważnie są one zbiorem odpowiedzi na pytania, które zostały wcześniej zadane. Coś jak z tym dopiskiem o nie wkładaniu kotów do w amerykańskich "manualach" mikrofalowek. Japońska firma / instytucja obiera sobie za cel przekazania tych informacji, których udzieliła wcześniej pytającym, bo wychodzi z założenia, że ktoś inny też może mieć podobne wątpliwości. Oczywiście wiąże się to z dobrobytem, ale nie tylko, bo to również zwykła dbałość o klienta i oszczędność czasu. Student płaci spore czesne i ma prawo wymagać. Z drugiej strony - gdyby wszystkie "pierwszaki" przybiegały do sekretariatu wypytywać o wszystko, co im przyjdzie do głowy - sekretariat zostałby sparaliżowany.

Jest jeszcze jeden aspekt. Gdy kiedyś zapytałem znajomego sprzedającego telefony komórkowe dlaczego instrukcja do tego samego aparatu ma 250 stron po japońsku i 35 po angielsku, to on odpowiedział, że skrótowa instrukcja mogłaby być postrzegana jako "na odwal", bo przecież może telefon kupić emeryt i musi mieć wszystko wyłożone "krok po kroku". Nawet jeśli to mało prawdodobne, to nawet zwykły klient (dla którego jest to 14-ta komórka) mógłby sobie źle pomyśleć o firmie - że nie myśli o wszystkich. Bardzo często przy takich dysputach pojawia się słowo "omoiyari", czyli właśnie zdolność do myślenia o innych. Brak "omoiyari", to jedna z gorszych obelg dla japońskiego ucha. Przynajmniej tak mi się ostatnio zaczęło wydawać. To motor wielu zachowań, które wcześniej uważałem za niepotrzebne. Pewnie brakowało mi "omoiyari"...

Wychowany na prowadzeniu za rączkę Japończyk ma rzeczywiście kłopoty w "dziczy pozbawionej myślenia o innych", za to dla kogoś, kto się wychował w takiej dziczy - Japonia jest świetnym miejscem relaksu, gdzie można się wyłączyć i np. zagłębić w lekturze jadąc pociągiem, na spokojnie rozkoszować się widokami jądąc w nieznane samochodem, czy też rozwiać wszystkie wątpliwości dotyczące prowadzenia egzaminów w Japonii. Japończyk, który zdawał ich sporo może zapytać - po jaką cholerę taka opasła księga z zasadami, które zna każdy japoński nastolatek? Ale nie spyta, bo zakłada, że może zjawić się ktoś taki jak ja, dla którego jest to prawdziwa skarbnica wiedzy.

mona pisze...

no no, dokładnie - a potem przyjeżdżam do kraju na święta i już pierwszego dnia niemal tracę zęby na ulicy... Moja - uśpiona na skutek przebywania w "(...)świetnym miejscu relaksu(...)" czujność, ślepa była na brakujące płyty w chodniku ;) Ech... łatwo się przyzwyczaić do dobrego. Doceniam to "omoiyari" i jego przejawy - widzę je tu, w Jp i doświadczam każdego dnia niemal, na każdym kroku. Jakkolwiek pewne aspekty nie wydawałyby sie czasem zbędne lub śmieszne, to z przekonaniem stwierdzam, że nie raz uratowały mi d.... A przynajmniej samopoczucie ;)
Pozdrawiam ze spanikowanego (flu) Kobe