niedziela, 26 kwietnia 2009

Rezygnuję (długie!)

Nie, nie, z TBN się nie rozstaję, choć z ilości wpisów widać, że z czasem u mnie krucho. Korzystam z długawej podróży autobusem i mam zamiar się rozpisać, żeby nadrobić kilkumiesięczne milczenie...
Ten kwiecień to mój pierwszy od roku miesiąc bez delegacji (spragnionych zdjęć odsyłam do stałych galerii 1 i 2). Z jednej strony uwielbiam poznawać nowe miejsca i nowych ludzi o odmiennym spojrzeniu, z drugiej strony częste wyjazdy zmuszają do odpuszczania sobie pewnych rzeczy. Na przykład bycia przewodniczącym przedszkolnej rady rodziców. Niestety opuszczanie zbyt wielu zebrań prowadzi do chaosu organizacyjnego i luk w przepływie informacji, więc zaproponowałem "vice" na swoje miejsce i "podałem się do dymisji"... Nadszedł czas zamknąć ten epizod sprawdzania siebie i pomyślałem, że postukam trochę o tym co z niego wyniosłem, bo chyba nic mnie nie nauczyło tylu rzeczy o Japończykach i obyczajach działania w grupie jak te cztery lata wśród ludzi z różnych zawodów, o różnych dochodach i sytuacjach rodzinnych.
W przedszkolu typu hoikuen (całodniowe, praktycznie od urodzenia do podstawówki) zostawiają swoje dzeci nie tylko małżeństwa karierowiczów, gdzie żadne z rodziców nie chce zrezygnować z kariery, ale również małżeństwa, gdzie matka musi pracować, bo męża pensja nie starcza, a także samotne mamy, których rodzice nie są w stanie zająć się wnukiem. Na początku wydawało mi się, że moderowanie dyskusji w takiej grupie będzie niezwykle trudne, ale (tradycyjnie?) zostałem pozytywnie zaskoczony. Jedynym minusem pokojowo uzgadnianych szczegółowych planów i rozwiązań problemów był czas zebrań, które potrafiły się przeciągać grubo ponad wyznaczony harmonogram. Wszelkie próby skracania rozmów spalały na panewce, bo każdy rwał się do wyrażania swoich opinii i obaw, opowiadania o zasłyszanych wyjątkach i podawania przykładów z innych przedszkoli czy miast. To, że legenda o niewychylających się Japończykach mija się z prawdą - wiedziałem już po miesiącu życia w Japonii, jednak co do skuteczności zgromadzeń miałem mieszane uczucia, bo tłumaczenie spotkań Japończyków z Polakami często bywało żmudne i nie rodziło wielu owoców, a zebrania na uniwerku mogły być skuteczne tylko ze względu na specyfikę grupy. Jednak działania grupy rodziców były niezwykłym zjawiskiem. Gdy dyrektor przedszkola zapodała temat zabezpieczenia drzwi automatycznym zamkiem z kamerą i wyposażenie przedszkolanek w zdalne klucze z monitorami (miasto nie chce dawać pieniędzy podatników na takie luksusy), po ustaleniu, że lepiej mieć niż nie mieć tego luksusu, uzgodnienie szczegółów poszło błyskawicznie. Na codzień zajmuję się maszynami, które potrafiłyby wykorzystać tzw. "mądrość tłumu", więc aż mnie korciło, żeby zacząć robić notatki :) Był to niezwykły przykład wykorzystania zbiorowej inteligencji, na którą składały się doświadczenia ludzi z różnych firm, z różnych grup, o różnych kręgach przyjaciół. Oprócz własnych doświadczeń potrzebowali jedynie komórki - żeby podpytać znajomych mailami, żeby porównać ceny na sieci. W tym czasie pani skarbnik zdążyła wyliczyć ile możemy wydać... Tu warto zaznaczyć, że budżet rady pochodzi całkowicie z pieniędzy zarobionych przez rodziców poprzez wspólne działania jak bazary, na których sprzedają używane ubrania i przedmioty, imprez i festynów, podczas których gotują, smażą, sprzedają watę cukrową i piwo (wcześniej kupione od rodziców, którzy mają dostęp do cen hurtowych), itp. Gdy brakuje mniejszych kwot mamy spotykają się, jedna uczy reszty rękodziała, wszystkie plotą, nawlekają, a potem sprzedają. Może i korale nie są warte tych stu jenów, ale liczy się, że to nie jest "zrzuta". Są osoby, które mogłyby dać dużo, są też osoby, dla których nawet małe kwoty są uciążliwe, więc takie rozwiązanie uważane jest za idealne. Nic za darmo, ale nie każdy jest bogaty i trzeba coś z tym zrobić.
Na pewno są różne przedszkola, ale ostrzeżenia "nie dawaj dziecka do hoikuen, to przechowalnia" okazały się trafione kulą w płot. Znajomi, którzy oddali do yōchien (kilkugodzinne, często z zajęciami typu angielski i gra na instrumencie) byli bardzo zadowoleni, tylko czy taki wczesny wyścig szczurów aby na pewno zrobi dobrze dziecku? Sam nie chodziłem do przedszkola, ale podstawówka nauczyła mnie normalnie żyć w zgodzie z każdym - i córką miejscowego kacyka, i chłopakami z rodzin patologicznych, więc mam nadzieję, że hoikuen nauczył moje dziecko rozumieć więcej niż tubylcze narzecze (które nie byłoby pewnie tak naturalne, jeśli syn obcowałby z równieśnikami krócej w yōchien).
Dzieciom nie wolno przynosić ze sobą zabawek, a te, które są w przedszkolu, to podstawa (klocki, garnki, parę lalek, kredki, ciastolina, klej, nożyczki), resztę dzieci robią same, nie mówiąc o gotowaniu czy uprawianiu ogródka. Są zobowiązane do opieki nad młodszymi grupami, pomagają im, sprzątają (nie tylko zabawki, np. ścierają stoliki i podłogę). Gdy dochodzi do kłótni, pani zbiera ich w kółko i odchodzi - potrafią przeprowadzić dyskusje dosłownie zaraz po tym, jak zaczynają mówić. Same obmyślają zabawy, uzgadniają nazwy, planują i uczą się wypowiadać opinię na długo przed pójściem do podstawówki, nie ma się co dziwić, że rodzice czują się podczas zebrań jak ryby w wodzie.
Rozpoczął się ostatni rok przedszkola (za rok podstawówka) i rozpoczął się w atmosferze wielu zmian. Ponieważ miejsc w przedszkolach brakuje, powstał plan obniżenia wymagań i wydawania pozwoleń na prowadzenie przedszkola prawie każdemu, kto tym wymaganiom sprosta. Jako reprezentant rodziców naszego przedszkola pojechałem na zebranie w tej sprawie. Miejskie organizacje zajmujące się takimi problemami są często finansowane przez niszową Komunistyczną Partię Japonii i przeważnie bywają bardzo czerwone w wymowie. Dlatego też zawsze staram się być czujny i wtrącić tu i ówdzie małe "u nas tak było a tak się skończyło". Tym razem (chyba po raz pierwszy) musiałem im przyznać sporo racji w swoich lamentach. Oczywiście przeginają cały czas porównując Japonię ze Szwecją i mówiąc, że w Kraju Kwitnącej Wiśni jest statystycznie tak samo źle jak w USA, co akurat do mnie aż tak nie przemawia (nie chcę płacić takich podatków jak Szwedzi), ale problem okazuje się trudniejszy, niż mogłoby się wydawać - wolny rynek ponad wszystko, ale...
W nowym prywatnym przedszkolu masz płacić za co chcesz, na co cię stać. Proste? Tak, ale co z dziećmi, którym rodzice dali jedno onigiri, a teraz siedzi malec w kącie i zerka na resztę jedzącą normalny obiad? Dzieci zostające w przedszkolu, kiedy większość na spacerze, bo mama musiała przeznaczyć osobną "kwotę spacerową" na coś ważniejszego niż bujanie się na huśtawkach? Pomysłodawcy nie wykazali się w tym przypadku wyobraźnią. Przedszkola mają na siebie zarabiać, mniej wtedy pójdzie z podatków, zatrudaniać będzie można niedoświadczonych part-timerów. Nie znalazłeś miejsca w państwowym - spadaj do prywaciarzy. Tak może być łatwiej pracującym rodzicom, ale czy im się to opłaci? Czy opłaci się społeczeństwu? Co stanie się z takimi przedszkolami jak nasze, jeśli zacznie ono myśleć o zarobku, żeby być konkurencyjnym? Z paniami urodzonymi z darem kochania wszystkich dzieci, ale bez daru robienia biznesu? Najbardziej socjalistyczne z kapitalistycznych mocarstw zawsze dbało o to, żeby różnice w dochodach nie były powodem do dyskryminowania dzieci - od zabawek na mundurkach skończywszy. A tu taka cicha rewolucja? Jeśli dzikszy kapitalizm zwiększy różnice w społeczeństwie, może się zmienić więcej, niż politycy chcieli zmienić. Nawet pierdoły mogą zmienić wiele - wystarczy, że jedzenie na każdym kanale TV się skończy (nie drażnić biednych!), a może zostać zachwiany jeden z najważniejszych elementów wspólnoty kulturowej (wiem, że przesadzam, ale chyba wiecie o co mi chodzi). Słaby ma przegrać, wiadomo - mojemu pokoleniu to wpojono, żebyśmy mogli zmienić oblicze kraju. Ale zazwyczaj potrzeba dekad, żeby prywatna uczelnia przegoniła państwową, nie mówiąc o przedszkolu. Siłowa wręcz prywatyzacja japońskich kolei stworzyła jeden z najlepiej działających systemów transportowych, ale wychowanie dzieci to nie wożenie ludzi do pracy. Niech prywatne przedszkola przejmą te kochające przedszkolanki - myślałem do zeszłego tygodnia. Ale różnica powstanie - mnie może będzie stać na "elitarne" przedszkole, ale czy chcę się zestarzeć w społeczeństwie w połowie wychowanym w przechowalniach, bo prawdziwi wychowawcy przez duże "W" zostali zwerbowani przez elity? Czy chcę zamykanych na kłódkę osiedli, czy chcę tego dreszczyku, który towarzyszy wieczornym spacerom w innych krajach? Czy chcę, żeby dzieci biegały z kluczami na szyi po podwórku dopóki rodzice nie wrócą tak jak ze mną było? Niewiele pozostało miejsc na świecie, gdzie system zapewnia matkom przywileje męża umożliwiając pozostanie w domu i nie zmusza kobiet do pracy (za to utrudnia karierę, bo ktoś, kto się jej domaga, mimo, że nie musi pracować - uznawany jest za dziwaka, do tego o podwyższonym ryzyku, bo może w każdej chwili zrezygnować). Dlaczego mam przeczucie, iż nadmierna westernizacja takich sfer życia jak popychanie kobiet do pracy czy wychowanie dzieci zmieni oblicze kraju, w którym mam zamiar spędzić kilkadziesiąt kolejnych lat? Przez ostatnią dekadę niektòre zwyczaje w Japonii zmieniły się nie do poznania i na pewno wyjdą jej na dobre (od wczesnego "wypraszania" z pracy dzięki niepłaceniu nadgodzin, do wstawienia bankomatów do konbini, dzięki czemu można wypłacić gotówkę na każdym rogu po godzinie 17-tej, co 10 lat temu graniczyło z cudem), ale trzeba być ostrożnym. Każdy premier marzy o jakiejś dużej prywatyzacji. Tamtemu udało się z pocztą, to ja zrobię taki numer z przedszkolami...
Ale czy to na pewno ten sam wymiar zmian? Radziłbym się dwa razy zastanowić.

13 komentarzy:

Radek pisze...

Rewelacyjny pomysl z tym wspolnym robieniem rzeczy i potem organizowania festynow. Z jednej strony faktycznie "wyrownuje", a z drugiej - buduje jakas wiez.w Polsce byloby wiele glosow, ze "takie rzeczy sa bezsensowne", ze "niech inni robia, ja wplace".
Druga rzecza jest to, ze co miedzy dziecmi - przechodzi na rodzicow. Rozgraniczenie przedszkole-dom ulega chyba zatarciu. Poniewaz moja trasa spacerowa z psem biegnie kolo przedszkola - czesto zdarza mi sie widziec rodzi... nie, to nie sa "rodzice czekajacy na dzieci". To raczej "pojedynczy rodzic czekajacy na swoje dziecko".

p pisze...

Bardzo miło się czytało Twój tekst, dziękuje :)
Od kiedy żyje poza granicami kraju coraz częściej zastanawiam się nad społeczeństwem i jaka powinna być jego rola w naszym życiu. Z biegiem czasu moje dawne bardzo liberalne poglądy topnieją, a raczej ewoluują. Jesteśmy zobligowani do myślenia o całości, nie tylko o naszym podwórku, mieście czy kraju, a o całej planecie. To jest pewna odpowiedzialność za nas samych, naszą przyszłość, ludzkość do tego chyba dojrzewa. Wydaje mi się że pewnych wartości nie będziemy w stanie przeliczyć, przekalkulować i zrobić z tego dobrego biznesu. Nie chciałbym tu również iść w drugą stronę, socjalizmu. Ostatnio czytałem bardzo ciekawy artykuł w NYT na temat "zachwiania" znaczenia słowa socjalizm w społeczeństwie amerykańskim. Wszystko się zmienia, coraz ciężej znaleźć jakieś granice.

Już nie marudzę i pozdrawiam ;-)

Anonimowy pisze...

Dzięki wielkie za ten tekst ciekawy przekrój przez społeczne postrzeganie i zmiany Japonii. Tym bardziej dla mnie cenny jako socjologa z wykształcenia dzięki i czekam na więcej
Pozdrawiam:)

Anonimowy pisze...

Mało zdjęć...
Dużo Japonii...

Konsumpcjonista
Ash ;-)

Kabura pisze...

Za mało zdjęć? Właśnie dołożyłem zdjęć z przedszkola.
Nie umiem robić fotek, więc nadrabiam klawiaturą...

p pisze...

Ja właśnie preferuje więcej tekstu niż zdjęć, nie dogodzisz każdemu ;-)

Anonimowy pisze...

No właśnie miało to znaczyć, że fajne jest ( cosik pokręciłem... )

Ash

Kabura pisze...

W takim razie będę się bardziej rozpisywał :)

RadaZ pisze...

Bardziej i czesciej, Kabu-sama! ;)
I wiecej na "shashina"! ;)

p pisze...

I jeszcze latte do każdego wpisu poproszę ;-)

Nie musi być nawet długo, jakiś szczegół, myśl. Inna kultura jest takim lustrem dla naszej własnej, miło się czasem przeglądnąć :)

Mikesz pisze...

Ja takze poprosze o wiecej Japonii piorem,jako ze znajac jezyk masz jej obraz o wiele spojnieszy niz ja choc siedze tu dlugo ale mowie kulawo po gaijinsku,podpisuje sie trzema krzyzykami a teksty pisane czytam w polowie intuicja...
Bardzo chwale sobie panstwowe dwuletnie japonskie przedszkole i szkole tez.
oprocz wspomnianych akcji sprzedazy
drobiazgow,festynow z budkami z jedzeniem i przysmakami,gdzie rodzice pracuja przygotowujac i sprzedajac zbiera sie tez BELL MARK,znak umieszczany na wielu towarach.Dzwonki w duzej ilosci sa podstawa do wymiamy na Towar.
Wiem z kolei, ze to te drogie prywatne pseudo angielskie przedszkola bywaja przechowalnia.

RadaZ pisze...

Po Zlotym Tygodniu, a wpisow brak?! Nande kore! ;O

RadaZ pisze...

Tak jeszcze w klimacie przedszkolnym - Autor swego czasu robil tlumaczenie skanlacji (czy co to tam bylo?) Shin-chana, czyz nie?
To moj ulubiony obraz Japonii. No, naturalnie zaraz po "Japonii bez gejsz i..."! I po ksiazkach Pani Bator, ze sobie tak bonusowo zadrwie. ;3