niedziela, 29 marca 2009

Blackbird, fly

Kilka tygodni temu, w ramach prezentu dla samego siebie za zdanie 4Q, zakupiłem sobie plastikowy aparat, o którym myślałem już od dawna. BBF, z daleka wyglądający jak klasyczny rolleiflex, ma tą niezwykłą możliwość, robienia zdjęć na pełnej szerokości filmu 35mm, łącznie z perforacjami. Niestety, jaki egzamin taki aparat. Po rozpakowaniu z fikuśnego pudełka okazało się, że nóżka z gwintem do mocowania statywu jest wyrwana, i tak bym nie używał - pomyślałem. Dokupiłem więc parę 12 klatkowych filmów i czekałem na okazję (plastikowe soczewki i specyficzna obsługa mocno ograniczają przydatność tej zabawki w warunkach nie idealnych). Co prawda na co drugim zdjęciu o czymś zapomniałem ale zabawa jest przednia.
Po wywołaniu pierwszego, snowboardowego zresztą filmu okazało się, że wyrwana nóżka spowodowała jednak jakieś pęknięcie w obudowie aparatu, przez które wdziera się światło, jasną smugę widać po środku każdej klatki, również na kolejnych kliszach. Aparat oddałem, nawet nie wymieniałem na nowy bo już się napstrykałem. Wracam do lomo.


1 komentarz:

thom pisze...

WITam! :) Gratuluję rewelacyjnego bloga!

Co do tej plastikowej zabawki, to nie lepiej kupić jakąś Yashikę albo Flexareta? Można je kupić na Allegro za niewielkie pieniądze - 100-400zł w zależności od wyposażenia, a jakość i parametry są o całe klasy wyższe. Sam korzystam z Flexareta VI.