poniedziałek, 19 stycznia 2009

Spieszmy się...

Wczoraj przydarzyły nam się prawie same dobre rzeczy. Co prawda byliśmy na pogrzebie bliskiej koleżanki ale mam takie przeczucie, że Misa pomogła nam dopiąć tą niespodziewanie trudną operację (jaką jest zorganizowanie kilkunastu przyjaciół z różnych części świata) na ostatni guzik. Czuwała gdzieś, w połowie drogi i zerkała czy wszystko z nami w porządku.

Zaczęło się spokojnie. W związku z tym, że wszyscy zainteresowani mieszkają w różnych częściach Tokio a pogrzeb odbywał się w rodzinnym mieście Misy, w sąsiedniej prefekturze, Małżonka zorganizowała spotkanie na stacji docelowej. 45 minut zapasu miało nam zapewnić spokojne dojście do domu pogrzebowego na pieszo, 2.5km. Nawet jak ktoś się spóźni, miał jeszcze szanse na taksówkę.

Wczorajsza ceremonia była dopiero pierwszym dniem pogrzebu, trochę odpowiednikiem naszego czuwania. Zwykle zbiera się na nią większa liczba osób: z sąsiedztwa, z zakładu pracy, dalsi znajomi. Na dzisiejszy, właściwy pogrzeb chyba nie miałbym odwagi pójść, tyle się nasłuchałem o drastycznych dla nas scenach związanych z kremacją, proponuję przeczytać samemu jak ktoś chce.

W miejscu zbiórki przed stacją, zebraliśmy od wszystkich do koperty wspólny datek, podzieliliśmy się na grupę jadącą taksówką i pieszą (i tak czekało nas stanie w kolejce podczas czuwania więc ci, którym nie było zimno zdecydowali się na spacer).
Przez następne pół godziny, szliśmy wg. wydrukowanej mapy do celu. Nawigacja opierała się na wypożyczalni video, Tsutaya - w połowie drogi, jednym z dwóch punktów rozpoznawczych zaznaczonych na kiepskiej jakości mapce pobranej ze strony organizatora. Na początku liderzy grupy pewnie prowadzili. Po 40 minutach jednak, gdy w wszystkim skończyły się już tematy do rozmowy, zdaliśmy sobie sprawę, że już dawno powinniśmy być na miejscu. Japońskie mapki nigdy nie dają mi poczucia pewności ale ta pokazywała jakby zupełnie inną dzielnicę.

Popytaliśmy ludzi gdzie ta Tsutaya, raz w prawo, dwa razy w lewo. Prawie truchtem w końcu dotarliśmy ale i tak wyglądało to dziwnie, bo na mapie była na rogu ulicy a w rzeczywistości przy długiej prostej. Wreszcie dwie napotkane nastoletnie rowerzystki rozwiały wszelkie wątpliwości: jakiś czas temu wypożyczalnię przeniesiono, jesteśmy dużo za daleko. No nie; jechaliśmy tu sto godzin, tysiąc kilometrów, milion przesiadek i nie dotrzemy na ceremonię oddania czci zmarłej tragicznie przyjaciółce?!

Ceremonia kończyła się za 20 minut. Zaczęliśmy biec we wskazaną stronę. Kilkunastu zdenerwowanych gajdzinów ubranych na czarno, przemieszanych ze staromodnie, jak same mówiły, ubrane japońskie partnerki - a ulice słabo oświetlone. Musiało to robić wrażenie. Wiarę odzyskaliśmy gdy zapytany o drogę kierowca vana, po krótkiej wymianie uprzejmości, zaprosił nas do środka, wysadził pasażera i na dwie tury podrzucił na miejsce. Te kilkaset metrów pozwoliło nam szczęśliwie dołączyć do topniejącej kolejki w samą porę.

Ceremonii nie opiszę, bo mi łzy stają w oczach ale w drodze powrotnej znów przydarzyło się niemożliwe. Po wyjściu, do odjazdu pociągu spalinowego, kursującego co godzinę i łączącego tą mieścinę z cywilizacją, mieliśmy 10 minut. Przyjechały trzy z czterech zamówionych przez recepcję taksówek. Zapakowaliśmy się z siatami (w Japonii zarówno goście weselni jak i pogrzebowi dostają od organizatora torby z prezentami - w naszym przypadku była to kawa/herbata, herbatniki, dżem francuski i komplet ręczników) ale para w ostatniej skazana została na kiblowanie na mrozie. Po dotarciu na stację i grzecznym podpytaniu palącego papierosa maszynisty okazało się, że o dziwo poczeka na nas kilka minut. Poczekał ponad dziesięć i potem prawie nadrobił spóźnienie wciskając gaz do dechy.

Nie słyszałem jeszcze żeby japoński pociąg czekał na pasażerów.
Moja małżonka mówi, że to uprzejmość mieszkańców prowincji. Ja myślę jednak, że pomógł nam ktoś życzliwy.

Spoczywaj w pokoju Misa. Będzie nam Ciebie brakowało.

4 komentarze:

essenita pisze...

Szkoda, że tak młodzi ludzie odchodzą :(

Przykro mi :(

Kuba pisze...

A z drugiej strony taksowki:

Wszyscy juz odjechali, my czekamy, zamowione byly 4, przyjechaly 3.
Nic nie ma, godzina odjazdu pociagu wybila, WiT na telefonie, mowi ze
pociag czeka specjalnie na nas. Dalej nic.
W koncu pojawia sie cos na horyzoncie, podjechalo z calkiem innej strony,
zupelnie jak widmo. Wsiedlismy, szybko na stacje, WiT znowu na telefonie upewnic sie ze wszystko ok,
Shoko czeka przy wejsciu, pociag dalej jest, wsiadamy...

やった!

WiT pisze...

Nie wspomniałeś jeszcze, że maszynista czekał na was na postoju taksówek. Dopiero za wami wszedł na stację i odpalił wagon.

Kuba pisze...

Maszynisty nie zauwazylem, jakis inny pracownik stacji czekal przy drzwiach pociagu wiec myslalem ze to maszynista.