wtorek, 27 stycznia 2009

Mamma Mie, czyli wyprawa w przeszłość

Po wielu latach przerwy moja stopa stanęła na ziemi prefektury Mie. Znajomy z dawnych czasów rozpoczął pracę w Prefekturalnym Muzeum Sztuki Współczesnej, a na Uniwersytecie Mie kończy właśnie pracę stary dobry przyjaciel, japoński wielbiciel przyrody Hokkaido (po dziesięciu latach starań doczekał się właśnie pozycji na "naszej" wyspie), więc uznałem styczeń za idealny moment. Załatwiłem sprawy w Tokio, wsiadłem w shinkansen i po przesiadce w Nagoi dotarłem do Tsu, jedynej stolicy prefektury (miasto wojewódzkie jakoś bardziej mi pasuje, he he), której nigdy jeszcze nie odwiedziłem. Z panem M. snuliśmy plany wzmocnienia pozycji naszej dziedziny na oddalonym od cywilizacji Hokkaido, a pan T. (wicedyrektor muzeum) pokazał mi wystawę japońskiego malarza Kaoru Yamaguchiego. Obaj karmili mnie miejscowymi specjałami (węgorz unagi, słynny gar zapaśników sumo chanko-nabe, itp.), więc ostatni dzień pobytu postanowiłem spędzić aktywniej. Wybrałem się do Iga, kolebki ninjutsu i miejsca narodzin Basho Matsuo, najsłynniejszego chyba mistrza haiku. Pojechałem tam, bo to od nich się zaczęło. Dzięki nocnym wojownikom z filmów klasy B zapisałem się w podstawówce na karate, gdzie mój sensei dbał o to, żebyśmy poznawali również filozofię Wschodu, jej sztukę i historię. Właśnie w którymś ze zbiorów poezji haiku po raz pierwszy ujrzałem kanji i postanowiłem sobie, że muszę to kiedyś rozszyfrować (jako szczeniak marzyłem, żeby zostać szpiegiem mówiącym wszystkimi językami jak Jason Bourne i dzielnie uczęszczałem na kurs programowania w językach Sinclair Basic i Logo, gdzie mogłem stukać w ZX-Spectrum – bo chciałem umieć złamać każdy kod). Wprawdzie języka japońskiego zacząłem uczyć się dużo, dużo później, ale zawsze czułem swoistą nostalgię do ninjutsu i haiku. Nie mogłem więc przegapić takiej okazji – odwiedziłem dom, w którym urodził się i mieszkał do 29 roku życia Basho, zjadłem jego ulubione (i zdrowe) miso-dengaku (polecam Wakaya, blisko zamku), zwiedziłem zamek Iga-Ueno, przeszedłem błyskawiczne kursy rzucania shurikenami, chodzenia po wodzie, wdrapywania się po murze, szybkiego dobywania miecza ukrytego pod deską w podłodze, żargonu shinobi i sztuki splatania palców. Dowiedziałem się wielu nowych rzeczy o ninja, ale o 33 tomy "Naruto" za późno. Powinienem był się tam wybrać, zanim zacząłem tłumaczenie tej najpopularniejszej aktualnie w Japonii mangowej serii. Ostatnio domowy małolat przyssał się do komiksu i "przejrzał" 44 tomy (swoją drogą nigdy nie myślałem, że będę tłumaczył coś dłuższego od Dragon Balla...), więc "pamiątka z podróży" musiała być w temacie "ninja". Studentom kupiłem przysmak "nocnych twardzieli", czyli twarde jak kamień krakersy katayaki (sprzedawane w zestawie z młoteczkiem).
Pana T. poznałem w roku 2000 w saunie (sic!) - pracował wtedy w centrum rekreacyjnym w mieście Suzuka, a ja tłumaczyłem na pobliskim torze znanym z wyścigów F1. Kiedy jeszcze byłem młody i żwawy jeździłem po Japonii jako tłumacz. Poznawałem wielu ciekawych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuje sporadyczny kontakt. Wiem, że niewielu cudzoziemców pisuje do osób, które kiedyś wcisnęły im w rękę adres i namawiały na odwiedziny w ich okolicach, na przesłanie zdjęć, czy listu. Jednak naprawdę warto skreślić do nich parę słów od czasu do czasu. Jeśli dotrzesz kiedyś w ich strony, poświęcą ci swój czas, opowiedzą o niezwykłych rzeczach i pokażą miejsca, których nie ma w przewodnikach (oczywiście zrobisz to samo, gdy oni odwiedzą ciebie). Opowiedzą dokładniej o okolicy i swoim życiu. O przeszłości swojego syna opowiedzieli mi rodzice jednego z moich ulubionych tubylczych aktorów – Kippeia Shiiny. Prowadzą oni zaprojektowaną przez syna kawiarnię Kip's w mieście Iga, polecam gorąco (poprosiłem nawet o zniżkę na kawę jeśli ktoś powoła się na "polskiego bloga" TBN). Syna oczywiście nie zastałem, ale wspaniała para starszych ludzi podzieliła się trudnościami życia gwiazdy, o zarobkach w reklamie i kulisach "Rain Fall", w którym Kippei zagrał u boku Gary'ego Oldmana. Premiera w tym roku, a rzecz dzieje się w Japonii, pewnie wielu czytelników TBN się wybierze... Niestety zniżek na bilety nie udało się załatwić...
Uch, jak się rozpisałem! Kończę i doklejam ilustracje.

Tofu smarowane polewą z miso i opiekane na rozżarzonych węglach, czyli miso-dengaku.

Przybierz na wadze w kilka dni, czyli "chanko-nabe".

Węgorz węgorzowi nierówny! Hm... w Miyazaki też tak mówią ;)

Okolice Tsu słyną z ceramiki. I to by było na tyle z tutejszych atrakcji :)

Dlatego lepiej wybrać się do miasta Iga.

Tu urodził się Basho

Tu ninja opracowywali swoje tajemne techniki i sposoby przetrwania...

...choć współcześni ninja nie wyglądają już tak jak ci historyczni :)

Tata Kippeia pozdrawia czytelników TBN!

Wyciągnąłem zakurzone fotki - rok 2000, tu poznałem pana T.

Zresztą nie tylko jego. Kolega z sąsiedniego boksu okazał się dużo później byłą gwiazdą piosenki...

...a pani reporterka byłą gwiazdą siatkówki ;)

A propos sportowców - jeśli ktoś chce pomóc polonii w Sapporo dopingować naszych skoczków, to zapraszamy na Okurayamę w dniach 1/31 i 2/1 (flagi, czapki i szaliki zapewniamy).

10 komentarzy:

mads pisze...

Świetny artykuł :)

e_katka pisze...

Jako byly mieszkaniec potwierdzam, ze w Tsu rzeczywiscie moze niewiele atrakcji, ale za to okolice blizsze i dalsze sa ciekawsze.

RadaZ pisze...

Coraz wiecej (z) Prowincji. To mile. Ale zeby Narotard!? Shikamaru rzadzi!!1!jedenjeden... ;D
Dobrze uslyszec, ze sa jeszcze ludzie, ktorzy "przygody z Japonia" nie zaczynali od "ogladalem anime, ale jeszcze nie wiedzialem, ze to japonskie"... ;D
Ja zaczynalem od godzilli! ("^3^)v

Anonimowy pisze...

Znakomity blog!

Kabura pisze...

Ależ E_katko, w Tsu chociaż jest zameczek, my mamy do najbliższego 4h pociągiem :)

Anonimowy pisze...

Czy bedzie ktos laskawy i wytlumaczy mi czemu japonczycy na zdjeciach ZAWSZE robia "V"????
Kabura dales wpis poprostu doskonaly.
Pzdr

essenita pisze...

Mmmmm aż mi ślinka pociekła kiedy zobaczyłam "chanko-nabe", bardzo mi to smakowało, mniam ;)

A swoją drogą też się kiedyś zastanawiałam, dlaczego Japończycy robią "V" przy zdjęciach, zapomniałam się zapytac :>

"Naruto" jest teraz namiętnie oglądane przez córkę mojej kuzynki.

BTW: świetny wpis :)

lokasenna pisze...

Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że świetny i naprawdę ciekawy wpis:). Poprosimy o więcej takich!

Ja się wybieram do Japonii w te wakacje, na wolontariat. Z niewielkiego stypendium naukowego, kieszonkowego i kasy zarobionej przy wbijaniu danych do komputera sklecę bilet i wyruszam:D. Mam nadzieję, że się nie zgubię w Tokio, tego się obawiam najbardziej...

essenita pisze...

Nie zgubisz się :) ja się nie zgubiłam ;) to Ty też... ech zatęskniłam znowu za tym krajem... no ale musze jeszcze miesiąc poczekać na decyzje zachodzące na "górze" :)

M@L_project pisze...

o to ty tłumaczysz Naruciaka?
nie no brawo ^^
(nie czytam polskiej wersji jednakże, jestem leniwym otaku /w polskim znaczeniu tego słowa/, który woli poczytać angielską wersję w necie :D chociaż tlumaczenie nie jest takie... profesjonalne :) jak twoje)
(no, jena mała sugestia.. troche mnie wkurza tłumaczenie technik i organizacji, ale może to i lepiej...)

ale odbiegając od tego tematu, bo nie chcę wyjsc na taką co tylko czyta mangi..
fajny blog (no, tu zasluga chyba WiTa ;)), zaczelam go czytac juz uohoho i nigdy nie skomentowalam wiec to zmieniam. dzieki wam mozna poznac troche japonskiego bunka.
i zdjęcia wasze (wiiiit!) bosskie.

oby tak dalej :D