środa, 28 stycznia 2009

Fukeiki czyli recesja

Wszyscy mówią o kryzysie, o wielkich szczypcach zaciskających się nad jeszcze większa sałatą.
Póki co jedyny symptom kryzysu widać na peronach Tokio koło 18:00. Natłok ludu, pomyślnie nakłonionego do wyjścia z pracy o czasie, przekracza projektowaną pojemność dużo poza skalę. Dopiero teraz widać ile tu jest ludzi. Normalnie powroty z pracy rozkładały się równomiernie na cały wieczór. Teraz dużo za dużo tokijczyków wraca za wcześnie. Knajpy, swoiste bufory komuterstwa, również częściej świecą pustkami. Recesja paradoksalnie nie zachęca tu do picia, w towarzystwie.

Sony zabroniło brać nadgodziny, wysłało w zeszłym tygodniu swoich pracowników na dodatkowy urlop w związku z nowym rokiem w chińskich fabrykach. Canon wygania ludzi przed 18:00, niby zachęcając ich do powiększania rodziny. Toshiba planuje zwolnić 4.5tyś swoich pracowników, Hitachi, 7tyś, NEC aż 20tyś. W mojej, znacznie mniejszej kompanii, 40 pustych foteli dla telefonistek już dawno pokryło się kurzem i nie ma to związku z recesją. Czekam co będzie dalej.

wtorek, 27 stycznia 2009

Mamma Mie, czyli wyprawa w przeszłość

Po wielu latach przerwy moja stopa stanęła na ziemi prefektury Mie. Znajomy z dawnych czasów rozpoczął pracę w Prefekturalnym Muzeum Sztuki Współczesnej, a na Uniwersytecie Mie kończy właśnie pracę stary dobry przyjaciel, japoński wielbiciel przyrody Hokkaido (po dziesięciu latach starań doczekał się właśnie pozycji na "naszej" wyspie), więc uznałem styczeń za idealny moment. Załatwiłem sprawy w Tokio, wsiadłem w shinkansen i po przesiadce w Nagoi dotarłem do Tsu, jedynej stolicy prefektury (miasto wojewódzkie jakoś bardziej mi pasuje, he he), której nigdy jeszcze nie odwiedziłem. Z panem M. snuliśmy plany wzmocnienia pozycji naszej dziedziny na oddalonym od cywilizacji Hokkaido, a pan T. (wicedyrektor muzeum) pokazał mi wystawę japońskiego malarza Kaoru Yamaguchiego. Obaj karmili mnie miejscowymi specjałami (węgorz unagi, słynny gar zapaśników sumo chanko-nabe, itp.), więc ostatni dzień pobytu postanowiłem spędzić aktywniej. Wybrałem się do Iga, kolebki ninjutsu i miejsca narodzin Basho Matsuo, najsłynniejszego chyba mistrza haiku. Pojechałem tam, bo to od nich się zaczęło. Dzięki nocnym wojownikom z filmów klasy B zapisałem się w podstawówce na karate, gdzie mój sensei dbał o to, żebyśmy poznawali również filozofię Wschodu, jej sztukę i historię. Właśnie w którymś ze zbiorów poezji haiku po raz pierwszy ujrzałem kanji i postanowiłem sobie, że muszę to kiedyś rozszyfrować (jako szczeniak marzyłem, żeby zostać szpiegiem mówiącym wszystkimi językami jak Jason Bourne i dzielnie uczęszczałem na kurs programowania w językach Sinclair Basic i Logo, gdzie mogłem stukać w ZX-Spectrum – bo chciałem umieć złamać każdy kod). Wprawdzie języka japońskiego zacząłem uczyć się dużo, dużo później, ale zawsze czułem swoistą nostalgię do ninjutsu i haiku. Nie mogłem więc przegapić takiej okazji – odwiedziłem dom, w którym urodził się i mieszkał do 29 roku życia Basho, zjadłem jego ulubione (i zdrowe) miso-dengaku (polecam Wakaya, blisko zamku), zwiedziłem zamek Iga-Ueno, przeszedłem błyskawiczne kursy rzucania shurikenami, chodzenia po wodzie, wdrapywania się po murze, szybkiego dobywania miecza ukrytego pod deską w podłodze, żargonu shinobi i sztuki splatania palców. Dowiedziałem się wielu nowych rzeczy o ninja, ale o 33 tomy "Naruto" za późno. Powinienem był się tam wybrać, zanim zacząłem tłumaczenie tej najpopularniejszej aktualnie w Japonii mangowej serii. Ostatnio domowy małolat przyssał się do komiksu i "przejrzał" 44 tomy (swoją drogą nigdy nie myślałem, że będę tłumaczył coś dłuższego od Dragon Balla...), więc "pamiątka z podróży" musiała być w temacie "ninja". Studentom kupiłem przysmak "nocnych twardzieli", czyli twarde jak kamień krakersy katayaki (sprzedawane w zestawie z młoteczkiem).
Pana T. poznałem w roku 2000 w saunie (sic!) - pracował wtedy w centrum rekreacyjnym w mieście Suzuka, a ja tłumaczyłem na pobliskim torze znanym z wyścigów F1. Kiedy jeszcze byłem młody i żwawy jeździłem po Japonii jako tłumacz. Poznawałem wielu ciekawych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuje sporadyczny kontakt. Wiem, że niewielu cudzoziemców pisuje do osób, które kiedyś wcisnęły im w rękę adres i namawiały na odwiedziny w ich okolicach, na przesłanie zdjęć, czy listu. Jednak naprawdę warto skreślić do nich parę słów od czasu do czasu. Jeśli dotrzesz kiedyś w ich strony, poświęcą ci swój czas, opowiedzą o niezwykłych rzeczach i pokażą miejsca, których nie ma w przewodnikach (oczywiście zrobisz to samo, gdy oni odwiedzą ciebie). Opowiedzą dokładniej o okolicy i swoim życiu. O przeszłości swojego syna opowiedzieli mi rodzice jednego z moich ulubionych tubylczych aktorów – Kippeia Shiiny. Prowadzą oni zaprojektowaną przez syna kawiarnię Kip's w mieście Iga, polecam gorąco (poprosiłem nawet o zniżkę na kawę jeśli ktoś powoła się na "polskiego bloga" TBN). Syna oczywiście nie zastałem, ale wspaniała para starszych ludzi podzieliła się trudnościami życia gwiazdy, o zarobkach w reklamie i kulisach "Rain Fall", w którym Kippei zagrał u boku Gary'ego Oldmana. Premiera w tym roku, a rzecz dzieje się w Japonii, pewnie wielu czytelników TBN się wybierze... Niestety zniżek na bilety nie udało się załatwić...
Uch, jak się rozpisałem! Kończę i doklejam ilustracje.

Tofu smarowane polewą z miso i opiekane na rozżarzonych węglach, czyli miso-dengaku.

Przybierz na wadze w kilka dni, czyli "chanko-nabe".

Węgorz węgorzowi nierówny! Hm... w Miyazaki też tak mówią ;)

Okolice Tsu słyną z ceramiki. I to by było na tyle z tutejszych atrakcji :)

Dlatego lepiej wybrać się do miasta Iga.

Tu urodził się Basho

Tu ninja opracowywali swoje tajemne techniki i sposoby przetrwania...

...choć współcześni ninja nie wyglądają już tak jak ci historyczni :)

Tata Kippeia pozdrawia czytelników TBN!

Wyciągnąłem zakurzone fotki - rok 2000, tu poznałem pana T.

Zresztą nie tylko jego. Kolega z sąsiedniego boksu okazał się dużo później byłą gwiazdą piosenki...

...a pani reporterka byłą gwiazdą siatkówki ;)

A propos sportowców - jeśli ktoś chce pomóc polonii w Sapporo dopingować naszych skoczków, to zapraszamy na Okurayamę w dniach 1/31 i 2/1 (flagi, czapki i szaliki zapewniamy).

piątek, 23 stycznia 2009

Ogłoszenie drobne

I Polskie kwalifikacje do III Mistrzostw Świata w Shogi.
Termin: 14.03.2009 godzina 9.45
Miejsce: Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie ul. Dobra 56/66.
Szczegóły na shogi.pl.

ps. Odpadliśmy z konkursu na bloga roku. Przed nami były m.in. blogi z Singapuru, Kuby, Iraku, obu Ameryk i kilka z podróży dookoła Świata. Dziękujemy za wszystkie głosy, jeśli ktoś wylosował aparat to proszę się pochwalić.

środa, 21 stycznia 2009

B-sides

Jako, że pod względem fotograficznym nic się u mnie nie dzieje ostatnio, wygrzebałem jeszcze klika gniotów z szuflady na niedoróby.

Przed stacją w Yokohamie spotkałem niedawno Świętego Mikołaja, jak wracał z roboty. Grypa panuje, jego też dopadła.

Dobre kebaby sprzedają na ulicy Omotesando, w Naricie.

Narzeczona w skupieniu studiuje swoją wróżbę noworoczną z automatu.

Obyśmy nie żyli ze sobą jak pies z kotem w tym roku...

W weekend gościmy gości Kansai. Po weekendzie planuje jakiś tani wypad na snowboard do Yuzawy. Proszę o pisać jakby ktoś z tutejszych chał dołączyć.

Ach, no i głosowanie w konkursie trwa jeszcze tylko do jutrzejszego południa. Bardzo dziękujemy za wszystkie oddane głosy ale chyba nie wyjdziemy z grupy.

Nasze zdjęcia w styczniowym "otaku"

W styczniowym wydaniu magazynu otaku znaleźć można artykuł o japońskim fenomenie Misia Uszatka, przyozdobiony zdjęciami z premiery w tokijskim kinie i doskonale rozszerzający nasz wpis sprzed jakiegoś czasu.









Powyższą fotkę podesłał Fluxid.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Spieszmy się...

Wczoraj przydarzyły nam się prawie same dobre rzeczy. Co prawda byliśmy na pogrzebie bliskiej koleżanki ale mam takie przeczucie, że Misa pomogła nam dopiąć tą niespodziewanie trudną operację (jaką jest zorganizowanie kilkunastu przyjaciół z różnych części świata) na ostatni guzik. Czuwała gdzieś, w połowie drogi i zerkała czy wszystko z nami w porządku.

Zaczęło się spokojnie. W związku z tym, że wszyscy zainteresowani mieszkają w różnych częściach Tokio a pogrzeb odbywał się w rodzinnym mieście Misy, w sąsiedniej prefekturze, Małżonka zorganizowała spotkanie na stacji docelowej. 45 minut zapasu miało nam zapewnić spokojne dojście do domu pogrzebowego na pieszo, 2.5km. Nawet jak ktoś się spóźni, miał jeszcze szanse na taksówkę.

Wczorajsza ceremonia była dopiero pierwszym dniem pogrzebu, trochę odpowiednikiem naszego czuwania. Zwykle zbiera się na nią większa liczba osób: z sąsiedztwa, z zakładu pracy, dalsi znajomi. Na dzisiejszy, właściwy pogrzeb chyba nie miałbym odwagi pójść, tyle się nasłuchałem o drastycznych dla nas scenach związanych z kremacją, proponuję przeczytać samemu jak ktoś chce.

W miejscu zbiórki przed stacją, zebraliśmy od wszystkich do koperty wspólny datek, podzieliliśmy się na grupę jadącą taksówką i pieszą (i tak czekało nas stanie w kolejce podczas czuwania więc ci, którym nie było zimno zdecydowali się na spacer).
Przez następne pół godziny, szliśmy wg. wydrukowanej mapy do celu. Nawigacja opierała się na wypożyczalni video, Tsutaya - w połowie drogi, jednym z dwóch punktów rozpoznawczych zaznaczonych na kiepskiej jakości mapce pobranej ze strony organizatora. Na początku liderzy grupy pewnie prowadzili. Po 40 minutach jednak, gdy w wszystkim skończyły się już tematy do rozmowy, zdaliśmy sobie sprawę, że już dawno powinniśmy być na miejscu. Japońskie mapki nigdy nie dają mi poczucia pewności ale ta pokazywała jakby zupełnie inną dzielnicę.

Popytaliśmy ludzi gdzie ta Tsutaya, raz w prawo, dwa razy w lewo. Prawie truchtem w końcu dotarliśmy ale i tak wyglądało to dziwnie, bo na mapie była na rogu ulicy a w rzeczywistości przy długiej prostej. Wreszcie dwie napotkane nastoletnie rowerzystki rozwiały wszelkie wątpliwości: jakiś czas temu wypożyczalnię przeniesiono, jesteśmy dużo za daleko. No nie; jechaliśmy tu sto godzin, tysiąc kilometrów, milion przesiadek i nie dotrzemy na ceremonię oddania czci zmarłej tragicznie przyjaciółce?!

Ceremonia kończyła się za 20 minut. Zaczęliśmy biec we wskazaną stronę. Kilkunastu zdenerwowanych gajdzinów ubranych na czarno, przemieszanych ze staromodnie, jak same mówiły, ubrane japońskie partnerki - a ulice słabo oświetlone. Musiało to robić wrażenie. Wiarę odzyskaliśmy gdy zapytany o drogę kierowca vana, po krótkiej wymianie uprzejmości, zaprosił nas do środka, wysadził pasażera i na dwie tury podrzucił na miejsce. Te kilkaset metrów pozwoliło nam szczęśliwie dołączyć do topniejącej kolejki w samą porę.

Ceremonii nie opiszę, bo mi łzy stają w oczach ale w drodze powrotnej znów przydarzyło się niemożliwe. Po wyjściu, do odjazdu pociągu spalinowego, kursującego co godzinę i łączącego tą mieścinę z cywilizacją, mieliśmy 10 minut. Przyjechały trzy z czterech zamówionych przez recepcję taksówek. Zapakowaliśmy się z siatami (w Japonii zarówno goście weselni jak i pogrzebowi dostają od organizatora torby z prezentami - w naszym przypadku była to kawa/herbata, herbatniki, dżem francuski i komplet ręczników) ale para w ostatniej skazana została na kiblowanie na mrozie. Po dotarciu na stację i grzecznym podpytaniu palącego papierosa maszynisty okazało się, że o dziwo poczeka na nas kilka minut. Poczekał ponad dziesięć i potem prawie nadrobił spóźnienie wciskając gaz do dechy.

Nie słyszałem jeszcze żeby japoński pociąg czekał na pasażerów.
Moja małżonka mówi, że to uprzejmość mieszkańców prowincji. Ja myślę jednak, że pomógł nam ktoś życzliwy.

Spoczywaj w pokoju Misa. Będzie nam Ciebie brakowało.

niedziela, 18 stycznia 2009

Znów za rok matura♪

Po raz piąty wziąłem udział w ogólnokrajowym "egzaminie centralnym" dla licealistów, o którym powiadają, iż decyduje o przyszłości każdego młodego Japończyka. Napięcie sięga zenitu, bo (w pewnym sensie, rzecz jasna) chodzi o lepsze, czy gorsze życie. W Japonii ukończenie uczelni wyższej "na poziomie" bardzo pomaga w znalezieniu dobrej pracy, więc nauka licealisty ukierunkowana jest na jak najlepszy wynik tego właśnie egzaminu (potem jest już z górki). Ponieważ "losy się ważą", wszystko musi zagrać idealnie, inaczej organizatorzy i przeprowadzający egzaminy mogą być pozwani do sądu przez choćby wyczulonych rodziców. Rzeczywiście na twarzach tłumu licealistów zmierzających do wyznaczonych miejsc zdawania serii dwudniowych egzaminów widać to napięcie, ale od jego rozładowania są studenci pierwszych lat, którzy dodają otuchy przy okazji reklamując swoje kółka zainteresowań. Stał u wrót genialny chirurg Black Jack z wielką strzykawką, nakłuwający przechodniów "na szczęście", był Barack Obama wmawiający młodym, że "mogą tego dokonać", a odziani w same slipy studenci tarzali się w śniegu pokazując, że ten sprawdzian życiowy tak właśnie zahartuje przyszłego żaka. Był nawet ktoś przebrany za... drzewo wiśni wprowadzając wiosenną aurę w sercach zestresowanych przybyszów. Jednakże po sprawdzeniu tożsamości (każdy musi mieć przy sobie "kartę zdającego" ze swoim zdjęciem i numerem) i zajęciu swojego miejsca w danej sali nieznajomych ścian uniwersytetu. Uśmiech znikł a stres powrócił gdy równie nieznajomi profesorowie wnieśli worki z pytaniami. Wszystko zorganizowane jest tak, by zapewnić równe szanse i zapobiec ściąganiu. Lądujesz z ludźmi z różnych liceów, na pewno nie ma w sali nikogo z twojej klasy. Masz wyznaczone miejsce i nie wiesz, czy koło ciebie siedzi ktoś dobry, czy słaby. Dlatego wszyscy zdziwili się, kiedy jedna z uczennic została przyłapana dziś na zaglądaniu w kartę odpowiedzi swojej sąsiadki. Nawet starsi profesorowie kręcili głowami mówiąc, że w ich długoletniej karierze nigdy nie zdarzył się taki przypadek. Stwierdzili, że albo bardzo nie wierzyła w siebie, albo nie wytrzymała nerwowo i obwiniali rodziców, że za bardzo naciskają swoje pociechy wmawiając im, że jak nie wypadną dobrze, to ani na dobrą pracę, ani na dobre zamążpójście - nie będą mogli liczyć...
Egzaminy trwały dwa dni (sobota i niedziela), a zdający mogli wybrać spośród takich przedmiotów jak "wiedza o społeczeństwie" (a w niej np. etyka i geopolityka), "historia z geografią", "język japoński", "język obcy", czy "angielski ze słuchu" (żądnych szczegółów odsyłam do Wikipedii, choć część o urządzeniach Sony wykorzystywanych podczas "angielskiego ze słuchu" może stracić na aktualności, bo podobno firma przegrała przetarg na przyszły rok). Wybór przedmiotów zależy głównie od tego, jaki się wybrało uniwerek, bo to on decyduje jakie trzeba przedmioty zdawać, żeby się nań dostać. Oczywiście na renomowanych uczelniach są jeszcze egzaminy wstępne, jednak wyniki z "centralki" są brane pod uwagę i bardzo wiele znaczą.
W tym roku mi się poszczęściło i wylosowałem najmniej stresującą fuchę, tj. pilnującego porządku na korytarzu. Oczywiście porządek jest bez pilnowania, więc można siedzieć na krześle i zagłębiać się w dowolnej lekturze (w Japonii książki w księgarni dostają szare okładki, żeby nikt nie widział, co czytasz), jednak oprócz odprowadzania ewentualnych delikwentów do toalety (i patrzenia czy nie dzwonią do starszego brata) trzeba być gotowym na mdlejących, zapominalskich i "tych z problemem". Np. jedna panna zapytała, czy może używać kropli do oczu. Oczywiście nie wolno mi odpowiadać na takie pytanie, tylko udać się do Sztabu Głównego i zapytać Szanownej Komisji co sądzi o tym nagłym wniosku (odpowiadanie na własną rękę może tylko zaszkodzić, i to nie Tobie, ale Twojemu przełożonemu – gdyby jeszcze ktoś nie wiedział, dlaczego pani z japońskiego okienka leci ze wszystkim do "góry"). Dostałem instrukcję ("krople, wg. pkt. 43 na str 172 instrukcji egzaminacyjnej, można dopuścić, ale najpierw należy sprawdzić napisy na buteleczce"), po czym przekazałem je prowadzącemu w pomieszczeniu wnioskującej i wszyscy byli szczęśliwi...

Dwa dni minęły niczym z bicza strzelił. Zmiany pilnujących na korytarzu były co pół godziny, więc udało mi się przeczytać dwie książki i napisać ten wpis. Nie mówiąc o obszernych badaniach socjologiczno-antroplogicznych :)

sobota, 17 stycznia 2009

Konkurs

Tym razem tokyobynight.pl bierze udział w konkursie Blog Roku 2008. Charytatywne głosowanie w II-giej turze odbywa się przez sms do czwartku, do godziny 12:00.
Jeśli chcesz oddać na nas głos, wyślij SMS o treści D00138 na numer 7144 (tam jest słownie D-zero-zero-jeden-trzy-osiem w tym niefortunnym kodzie...). Koszt SMS, to 1,22 zł brutto (dochód z sms'ów, wg. organizatora, zostanie przekazany na opłacenie turnusów rehabilitacyjnych dla dzieci z porażeniem mózgowym). Z jednego numeru można zagłosować tylko raz na dany blog. Wśród głosujących zostaną rozlosowane aparaty fotograficzne.

Szczegółowe zasady konkursu dostępne na blogroku.pl.

Polecam też przejrzeć inne blogi na liście. Konkursy jak ten to swoiste targi, pozwalające wyłowić z odmętu blogosfery wiele naprawdę wartościowych stron.

Każdy może zatrzymać pociąg

Wczoraj przydarzyło mi się awaryjne hamowanie.
Zwyczajny piątek wieczór. 21:30, linia K'sei w stronę Narity. Lekko zapchany wagon, większość ludzi drzemie na stojąco. Nie czuć zbytnio woni alkoholu w powietrzu.
Rozmarzony chłodnym trochę luksusowym piwkiem czekającym na mnie w lodówce staram się wytrzymać ukrop panujący w wagonie, myślę o rozpoczętym właśnie weekendzie i kilku innych drobiazgach.

Nagle ktoś z hukiem odsuwa drzwi między wagonami, przechodzi do nas i rozgląda się nerwowo po kątach, przestawiając zaskoczonych pasażerów. Facet koło trzydziestki, z długimi farbowanymi na brąz włosami, znajduje po kilku sekundach puszkę z napisem "emergency" w trzech innych językach. Powtarza "ciotto sumimasen", "ciotto sumimasen" i otwiera ją. Rozmowy w wagonie milkną, wszyscy koncentrują się na gościu z sąsiedniego wagonu. Koleś waha się jeszcze przed wciśnięciem czerwonego przycisku, ale nie szuka raczej zrozumienia w moim tłumie. Rozlega się elektroniczny pisk. Po 2 sekundach pociąg zaczyna, nie tak gwałtowne jak wydawało mi się w takich przypadkach potrzebne, hamowanie. Tuzin osób obok mnie wydaje dźwięk dezaprobaty, ktoś cmoknął ustami, inny westchnął z niezadowolenia. Wiemy już wszyscy, że będzie spóźnienie.

Gdy pociąg zatrzymał swój bieg w interkomie wewnątrz otwartej puszki rozlega się głos konduktora z końca pociągu. Z konwersacji zrozumiałem mniej więcej:

- Tu mówi konduktor, co się stało?
- Tak, pasażer zemdlał, leży - odezwał się rozemocjonowany gość z wagonu obok.
- Ah tak, już idę, proszę czekać - jakbyśmy mieli coś innego do roboty...
- Dobrze, dziękuję - tylko... to jest wagon... - rozejrzał się w poszukiwaniu numeru.
- Tak wiem, czwarty - zakończył konduktor.

- Trzeba było poczekać do następnej stacji - wtrącił jeszcze z dezaprobatą w kierunku długowłosego, siwy pasażer siedzący pode mną. Jego opinia pozostała jednak bez odpowiedzi.

Konduktor odłożył mikrofon nie wyłączając nadawania. Słyszymy jeszcze jak melduje o sytuacji do motorniczego po drugiej stronie składu. Mija chwila ciszy, w trakcie której każdy próbuje wychylić się jak najmocniej by sprawdzić czy widzi
omdlałego.

Zatrzymaliśmy się "w polu", na przejeździe kolejowym. Mimo nocy, widać że dookoła zgromadzili się przechodnie, szufa na rowerze, kilka samochodów. Sygnał ostrzegawczy, który słyszymy z zewnątrz, zmniejszył częstotliwość. Spojrzałem z powrotem, w stronę sąsiedniego wagonu. Z tłumu wyłaniał się powoli konduktor. Ktoś wskazał mu ponad swoją głową kierunek, w którym powinien iść. Do czasu gdy osiągnął swój cel, po kilku minutach od zatrzymania pociągu, omdlały pasażer, pozornie koło pięćdziesiątki, w okularach i zielonym płaszczu, ocknął się i nawet wstał na widok
konduktora.

Ten zapytał krótko:
- To pan zemdlał? Wszystko w porządku?
- Eee, przepraszam - odparł zmieszany.
- Czyli można do następnej stacji? Rozumiem.
Konduktor odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie.

Pociąg ruszył po chwili. Mieliśmy 6 minut spóźnienia, za które konduktor przeprosił w najgrzeczniejszej możliwej formie. Siwy komentator pode mną dodał jeszcze parę zdań pod nosem od siebie, ale sprawca zatrzymania nie mógł ich słyszeć, bo wrócił do swojego wagonu i siedział dumnie na kanapie. Omdlały pasażer opuścił pociąg na najbliższej stacji i ukłonił się zawiadowcy stacji, który wyszedł mu naprzeciw.

Tyle widziałem. Coś mi mówi, że nie była to choroba, tylko chwilowa pomroczność jasna spowodowana tradycyjnym piątkowym wieczorem...

wtorek, 6 stycznia 2009

Początek roku na miękko

Pozostałości po wycieczce wyklikane w kolor moich myśli, poniżej.




Nic mi się nie chce od początku. Japoński świat wokół mnie rozkręca się do życia po noworocznej przerwie bardzo powoli. Tydzień nie używałem komórki; sprawdziłem, nikt do mnie w tym czasie nie dzwonił, nie było żadnych maili. W tradycyjnej skrzynce pocztowej tylko jeden spam. Nie ma też o czym mówić a co dopiero pisać. Może więc akapit o pogodzie:

W Tokio wilgotność spada już poniżej 30%. Jest tak sucho, że przy dziesięciu stopniach Celsiusza czujesz jakby było zero. Gdy mam ochotę wytrzeć nos wystarczy, że zrobię wdech - obie dziurki wyschną momentalnie. Skóra odpada mi z twarzy jak tynk ze ściany. Pobijam rekordy Guinnessa w prędkości suszenia prania na balkonie. Mój biedny nawilżacz w pokoju huczy jak silnik odrzutowy a i tak nie udaje mu się poprawić wiele. Cóż, obaj czekamy na wiosnę.

niedziela, 4 stycznia 2009

Kobe Luminare 2008

"Luminare was first held to rebuild morale after the 1995 earthquake." (CHIC)






I takie cuda powstają co roku. Podobno, w czasie Luminare Kobe odwiedza nawet 5 mln turystów, specjalnie po to, by zobaczyć świetlne konstrukcje. Obserwowałam jak je budowano, niemal żarówka po żaróweczce... Imponujące! Całość przedsięwzięcia robi jeszcze większe wrażenie, gdy weźmie się pod uwagę, że to wszystko tylko na chwilę... Przy niewątpliwych kolosalnych kosztach, Luminare trwa nicałe 3 tygodnie!
Znika wszystko jeszcze przed naszymi Świętami. Szkoda... Na Nowy Rok nic nie zostaje - ten obywa się bez blasków i dekoracji. Jakże tu inaczej...!

Sendai raczej kulinarnie

W związku ze szczytem sezonu turystycznego w drodze powrotnej z Sapporo udało nam się dolecieć tylko do Sendai, które leży w połowie drogi do Tokio ale już na wyspie po której jeżdżą shinkanseny.

Miasto jak miasto, ale wystarczy pojechać 20km na północ, do Matsushimy, by znów cieszyć się przestrzenią,

oraz tanimi i świeżymi owocami morza.

Ostrygi znikały z naszych talerzy tak szybko, że nie zdążyłem im zrobić zdjęcia.


Archipelag 260 wysepek to jedno z najpiękniejszych miejsc w Japonii. Nie polecam jednak zwiedzać ich w styczniu bo ręce przymarzają do aparatu.

Sendai jest miastem ozorków. Fani tej części krowy znajdą tu dla siebie kulinarny raj. Na każdym kroku spotkać można knajpy specjalizujące się w ozorkach. Polecamy sieć restauracji rikyu, doskonałe i tanie żarcie z wołowego jęzora.


Poza tym wyjątkowo miła rzecz mi się przydarzyła w tej knajpie: siedzieliśmy przy zbiorowym stoliku i gdy podano nam jedzenie, obcy facet po posiłku, obok mnie, zapytał mnie grzecznie po angielsku "Can I smoke?"; pierwszy raz doświadczyłem podobnej kultury w Japonii. Równie zdumiewające było jego spokojne wyjście na zewnątrz gdy powiedziałem "please, no"...

Panorama Sapporo

Widok ze skoczni narciarskiej Okurayama.

Teine

W drugi dzień nowego roku rozpoczęliśmy uroczyście sezon narciarsko-snowboardowy. Będąc w Sapporo najłatwiej podjechać na górę Teine, 45min samochodem z centrum miasta. Za 7,5tyś jenów można tam wypożyczyć zaskakująco dobrej jakości deskę z wiązaniami oraz rozczarowująco złej jakości strój. Mimo pluchy w mieście, stoki w dobrej kondycji. Zdumiewający widok na plażę i miasto Otaru. Część stoku czynna do 21:00.



Tym aktywnym akcentem kończymy wizytę na Hokkaido. Wielkie podziękowania dla Kaburowej rodzinki wraz z sąsiadami, Megumi i Hide, za doskonałe towarzystwo na przełomie dwudziestolecia Heisei. Do zobaczenia wkrótce!

piątek, 2 stycznia 2009

Drugi dzień w Małym Tokio

Przed południem między ludźmi,

po południu na odludziu.

W międzyczasie księżniczka ćwiczyła lewitację podziemną, tajemną

by wieczorem unieść się do gwiazd w świetle iluminacji.

Tak minął nam trzeci dzień w stolicy północy, zwanej podobno Małym Tokio. Godny pokazania jest też sylwestrowy widok z okna Kaburowej rodzinki. Niestety nie doczekaliśmy się nawet jednego fajerwerku.


Zdjęcie z powrotu przedostatnim pociągiem pokazuje dobrze nikłe zainteresowanie nocnym balowaniem wśród tubylców. Może to i dobrze, że w tym przypadku zachodnia kultura nie przenika głęboko.

To będzie ciekawy rok.