sobota, 15 listopada 2008

Sumeba miyako, czyli wszędzie dobrze, ale...

Witam po przerwie. Tym razem nawiedziłem Singapur i Hawaje, miejsca bardzo uczęszczane przez Ja-pączków, jak to często mówią o sobie w naszym rodzimym narzeczu. Doszedłem do wniosku, że 1/3 życia w Japonii doprowadza do sytuacji, że sztandarowe podejście "wszędzie może być dobrze" zaczyna stawać pod znakiem zapytania. Tu na miejscu, czyli w Japonii, człowiek wyczulony jest na szczegóły, które w jakiś tam minimalny sposób uprzykrzają mi życie, ale każdy wyjazd poza japoński archipelag uświadamia jak bardzo przyzwyczaiłem się do pewnych standardów i jak ich brak może irytować. Hawaje, a zwłaszcza Honolulu i okolice Waikiki bywają tak japońskie, że nawet trąbić nie wolno i gdyby nie "przymus" wręczania napiwków, to by się mógł człowiek zapomnieć. Natomiast Singapur (mimo, że napiwki _teoretycznie_ zakazane) potrafił denerwować nie tylko monsunami. Przyjazność tubylcza, potęgowana wiarą we własny angielski (a raczej singlish, do którego też się ciężko przyzwyczaić), co rusz okazywała się zwodnicza. Uśmiechnięty taksówkarz przełączający licznik na taryfę nocną, gdy jeszcze słońce wysoko, rozradowana kelnerka wbijająca "Western Meal", którego nikt nie zamawiał, ba, którego w ogóle nie ma w menu (sic!), ochotnik wskazujący drogę nie mając pojęcia, gdzie jest miejsce, do którego próbujemy trafić, sterty śmieci pod napisem "1000 dolców kary za śmiecenie", itd., itp. A wszystko przez to, że na pierwszy rzut oka Singapur zdawał się być bardzo japoński i nie zorientowałem się, że trzeba przyjąć algorytm chiński - wciąż uważać na siebie i wszystkich wokół. Tak właśnie rozleniwia Japonia – zaczynasz ufać nieznajomym do tego stopnia, że przestaje ci się włączać system wczesnego ostrzegania. Po chwili okazuje się, że irytujące są nawet opakowania, które nie chcą się otworzyć, ewentualnie rozerwać, w sposób założony przez producenta i zaczynasz myśleć, że ktoś tu komuś robi na złość, bo skoro Japończykom udaje się opatentować tak proste rozwiązania, to dlaczego nie miałoby się to udać na przykład Amerykanom? Powoli zaczynam rozumieć dlaczego "stara gwardia" japońskiej Polonii nie chce zbytnio z "nowymi" dyskutować o "Złych Stronach Kraju Kwitnącej Wiśni". Za bardzo czepiamy się pierdółek, które przesłaniają nam tak proste i duże plusy jak te, że w Japonii z reguły: turysty się nie oszukuje, taksówkarze nie zapominają włączać licznika i nie jeżdżą w kółko, a na talerzu dostaje się wyłącznie to, co się chciało dostać (i wygląda to tak, jak pokazuje zdjęcie lub atrapa). Oczywiście Stany, Singapur i każde miejsce na świecie są fascynujące i pełne wspaniałych ludzi, ale sprawdza się powiedzenie, że zaczynasz doceniać pewne rzeczy dopiero jak nagle przestajesz je mieć pod ręką... Banalne, acz bolesne. Człowiek się starzeje i zaczyna popierać japońską zachowawczą politykę bezpieczeństwa kosztem złości młodych (odczułem mocno jej brak latem jeżdżąc w Polsce samochodem). Singapurskie ruchome schody jeżdżą znacznie szybciej od tych w Japonii, mimo, że producent ten sam – Mitsubishi. Czyli można by schody w Japonii przyspieszyć, ale by się pewnie staruszki na nich przewracały, więc jeżdżą na 2/3 gwizdka...
Dobra, starczy dywagacji i kwaśnego biadolenia. Zresztą zdarzało się ono tylko parę razy dziennie, reszta pobytu wypełniona była szerokogębnym uśmieszyskiem – głównie z racji przelicznika 95 JPN za 1 USD :)
Czas na parę ilustracji...

Konkurencyjna franczyza w Honolulu wciąż poszukuje młodych talentów...

Chyba najstarszy hotel przy plaży Waikiki. Zapewne jakiś niesamowity prorok przewidział daleką przyszłość i kazał pomalować go na ulubiony kolor turystów z Japonii.

Znalezienie etnicznego jedzenia hawajskiego graniczy tam z cudem, można śmiało powiedzieć że TO jest "tradycyjna" kuchnia hawajska.

Japoński turysta może ostrzec nieświadomych nielicznych turystów spoza Japonii (tubylcy wiedzą), choć może to bardziej rodzaj chwalenia się, bo wielu chciałoby (?) znać choćby Engrish :)

Chociaż w sumie po co, skoro wszelkie potrzebne napisy wykonano też po japońsku...

Brakowało tego w Singapurze, ale obrazki były wręcz identyczne.

Za to jest coś, czego nie ma w Japonii - śmietniki na ulicach! Bruczkowski pisał, że poza głównymi ulicami można oglądać góry śmieci - znów zmyślał, bo to jest przy bardzo centralnej stacji MRT City Hall :)

Na szczęście wystarczyło podnieść wzrok z ziemi i takie widoki rekompensowały doznany szok.

W centrum nie było też tak szklanie-betonowo, jak się na pierwszy rzut oka wydawało...

...za to poza centrum było bardzo ciekawie, bo Singapur nie jest może rajem dla surferów, ale oferuje parę krajów w jednym państwie-mieście.

Chiny, Indie i Malezja do obejścia w parę dni ;)

Na koniec chciałem znaleźć ilustrację do przysłowia "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej", jednak była tylko do "najciemniej jest pod latarnią" :)
Przy prawie stuprocentowej wilgotności światło staje się jakieś takie fotogeniczniejsze...

6 komentarzy:

4ever16 pisze...

Po drodze do Sydney zahaczylem o Singapur (a raczej o tranzyt lotniska Changi) i te 2h tam spedzone byly wpaniale. Sam port lotniczy byl piekny, o prostym aczkolwiek swietnym wystroju. Relaksujaca muzyczka dochodzaca z glosnikow pozwalala zapomniec o trudach podrozy. Pomimo klimatyzacji mozna bylo poczuc ta tropikalna, blisko 90% wilgotnosc powietrza, ktora zapewne panowala na zewnatrz. Jednak czlowiek po wyjsciu z latajacej puszki jakby znalazl sie w innym swiecie, wszytsko czyste i uporzadkowane. W porownaniu do portow Gdanska, Franktfurtu (tu musze wspomnie, ze cos ci nasi sasiedzi nie sa az tak uporzadkowani jak sie o nich mowi, ale to, ze to lotnisko jest jednym wielkim polem budowy ich usprawiedliwia :P) i Sydney, singapurski port jest zdecydowanie nr 1.

Widok podczas nocnego odlotu w strone Australii na miasto byl wprost niesamowity. Z gory kontenerowce zgromadzene w porcie morskim wygladaly jak lampiony puszczane w dol rzeki podczas japonskiego swieta Obon. Cos pieknego.
Jestem tak zauroczony tym panstwem-miastem, ze marze o takiej mozliwosci by je zwiedzic podobnie jak Wy ;)

Pozdrawiam

Kabura pisze...

Rzeczywiście Changi to niezwykłe miejsce, wizytówka Singapuru. Wykładziny wzorowane na dywany, które czekały na nas po wyjściu z samolotu spotęgowały wrażenie, że "o, to jest ten legendarnie wypieszczony kraj" i przede wszystkim to miejsce zmyliło nas oraz uśpiło czujność. Ponieważ nie mieliśmy okazji zwiedzić tego przybytku singapurskich wspaniałości podczas przylotu, w drodze powrotnej przyjechaliśmy tam dużo wcześniej, bo miejscowi poza sklepami zachwalali darmowy salon gier komputerowych i kino za friko 24h na dobę. Niestety stało tam sześć konsoli, z których tylko trzy działały - znaczy połowicznie, bo tylko w jednym przypadku oba pady były sprawne. Kino okazało się salką projekcyjną, w którym leciał film wojenny sprzed paru lat... Ale jak to przyuczł pradziadek, na darmochę narzekać nie ma sensu :)
Tu bardziej ucierpiał wizerunek Xboxa i Playstation niż portu lotniczego Changi. Niezwykła była uprzejmość i starania pani z informacji turystycznej, która nawet wyliczyła nam, że busik do hotelu będzie kosztował 21 dolarów, więc lepiej wziąć lotniskową taksówkę, która kosztuje dwa dolary taniej. Płacąc po dojeździe 35 dolarów wiedzieliśmy, że poza lotniskiem jest już trochę inny świat...
PS: niedługo lecę z rodzinką do Sydney i tym razem zamiast chodzenia po Blue Mountains chcę na plażę, tyle że mniej zatłoczoną niż Bondi i okoliczne. Jeśli jesteś stamtąd, to czy mógłbyś polecić coś w zasięgu samochodu (4-5 noclegów w jakiejś cichej nadmorskiej mieścinie)? Znalazłem Jervis Bay, ale to na chybił trafił i obawiam się, że może być coś lepszego bliżej, albo w drugą stronę...

raseku pisze...

Tak a propo tych przyzwyczajeń...to ja cierpię katusze przez francuskie Świete Godziny Posiłków, a jak już zawijam do domu gdzie mogę jeść co chcę i kiedy chcę to jest tak jakbym miala w brzuchu zegarek.
To tak jak z klawiaturą: oni tu mają AZERTY,a ja na niej piszę tak jakby to bylo QWERTY, za to jak próbuję oszukać system i zmieniam język na polski to piszę tak jakby to było AZERTY. Ot i problem przynależności kulturowej gotowy ;)

4ever16 pisze...

hehe, ja jedynie zalapalem sie na darmowy dostep do internetu. nastepnym razem poszukam jakis konsol i moze odwiedze jeden z ogrodow. zaczynam sie modlic by w tranzycie spedzic wiecej niz 5h, to zalapie sie na darmowa 2h wycieczke po miescie :P

jestem tu dopiero do poczatku listopada i jeszcze nie dotarlem do jervis bay, wiec nic o tej okolicy nie jestem wstanie powiedziec. najdalej zajechalem do KIAMA. piekne, male miasteczko polozone na samym brzegu pacyfiku.
chyba z siedem plaz, kazda z niesamowitymi widokami. slynny blowhole. niestety nie widzialem jego popisow, bo byla piekna bezwietrzna pogoda to i fal nie bylo duzych. za to w taka pogode mozna dojsc na sam koniec skalistej formacji. niedaleko kiama sa:
-jamberoo action park, park wodny z ogromna zjezdzalnia
-minnamurra rainforest z kompleksem illawarra fly, w ktorym mozna sie przejsc na wysokosci koron drzew po specjalnych tarasach(25m), plus wieza z widokiem na panorame okolicy.
-wodospad minnamurra
-kilka punktow widokowych
blisko do shellharbour w wypadku gdybyscie chcieli zrobic wieksze zakupy, nie wspominajac o wollongong czy o samym sydney(niecale 1h 30min samochodem). a w dapto mozna wybrac sie w czwartki na wyscigi psow ;)

nie wiem zabardzo jak wyglada sprawa z cenami za noclegi, na szybkiego znalazlem cos takiego:

http://australia.shopsafe.com.au/new_south_wales_accommodation/kiama_area-accommodation/cabin_cottage_accommodation/kiama-cabin_cottage_accommodation.htm

gdzie ceny sie wahaja od ok. 70$AUS do 300$AUS za nocleg.
mysle, ze warto sie zastanowic nad ta okolica ;)

pozdr.

ps:
w jakim terminie planujecie ten wypad?

Kabura pisze...

Trzeba przyznać, że odwróciłeś nasze oczy od Jervis Bay - bliżej, taniej i pełno atrakcji...
Przylatujemy 5tego, wylatujemy 13tego grudnia, końcówkę pobytu spędzamy w Sydney.
Dzięki za cenną podpowiedź!

4ever16 pisze...

nie ma sprawy ;) milego pobytu i slonecznej pogody zycze.