niedziela, 30 listopada 2008

sobota, 29 listopada 2008

TUFS

Poniżej kilka ujęć z kliszy założonej na zeszłotygodniowych juwenaliach:




niedziela, 23 listopada 2008

Niedziela uniwersytecka

Dziś dzień pod znakiem wizyt na uczelniach. Pierwsza, Takachiho Daigaku, zaliczona przy okazji testu nowego egzaminu JLPT.

Gdy lekko zaspany wsiadłem rano do pociągu Inokashira, od razu wiedziałem, ze jadę w dobrą stronę. Tłum kilkuset gajdzinów z voucherami w ręku poprowadził mnie ze stacji aż pod bramę uniwersytetu, nie musiałem nawet patrzeć na mapkę. Towarzystwo dosłownie z całego świata, choć na oko 80% to Azjaci, gdzieniegdzie biała twarz przemknęła tylko na przemian z czarną. Polaka żadnego nie spotkałem, chociaż nie chodziłem i nie pytałem wszystkich. W sumie miało być chyba 10 klas po kilkadziesiąt osób ale w mojej przyszła tylko polowa z sześćdziesięciu. I tak, pewnie równie zaspani organizatorzy nie mogli się doliczyć tej samej liczby.
Na całym egzaminie najtrudniejsza była ankieta na koniec, gdzie ktoś sformułował pytania za wysoko na mój prog. Jestem pewien, ze wartość badawcza odpowiedzi z mojej sali jest mizerna, bo mało kto wiedział na jakie pytanie odpowiada. Odnośnie samego testu zaś, poziom N5, który pisałem nie rożni się znacząco od starej czwórki. Z nowości, na zdających w 2010 roku będzie prawdopodobnie czekało zadanie z układanką poprawnego zdania ze słówek, dużo łatwiejsze słuchowisko i brak bezsensownego nakazu zaznaczania złych odpowiedzi oprócz tych poprawnych.
Za bycie dziś królikiem doświadczalnym otrzymałem dumnie brzmiąca sumę 2,000 jenów, która nie zwróciła mi nawet kosztów przejazdu, ale nie to się liczy. W końcu to moje pierwsze bajto w życiu. Przyjemne i pożyteczne. Za dwa tygodnie prawdziwy egzamin, oby był równie łatwy...

Po 5 godzinach w ławce, w przeziębiającej wszystkich sali pojechałem na Gaigosai, czyli Tokijski Uniwersytet Języków Obcych, gdzie studenci rożnych kultur mieli swoje juwenalia. Polski kącik nie szokował rozmachem. Jak dotarłem była już tylko zupa jarzynowa i ostatni kawałek sernika, który to oczywiście zjadłem. Na drugim końcu festynu kupiłem pól litra siedmioprocentowej Балтикi co przypomniało mi stary dobry czas, pod dworcem kolejowym w Kaliningradzie...

Cóż, ten weekend trwa nadal, jeszcze jutro!

środa, 19 listopada 2008

Polonistyka

Propos popularnego ostatnio klipu z udziałem wyróżniających się polonistek w Japan, w najbliższy weekend polecam odwiedzić ich wydział, gdzie przy okazji juwenaliów będzie można zjeść i wypić coś polskiego.

Szczegóły na Stronie Polskiej.

wtorek, 18 listopada 2008

Tori no ichi

Tori no Ichi to coroczny listopadowy jarmark z okazji dni koguta w chińskim kalendarzu. Ten największy organizowany jest w świątyni, jakże by inaczej, koguta - w Asakusie. Towarzyszy mu też wiele mniejszych, pod patronatem chramów, tym razem orła, dookoła miasta. Specjalnością w tych dniach są sprzedawane na straganach bambusowe "wieńce", rake - które to, pobłogosławione przez kapłana mają pomóc w dobrym prosperowaniu twojego biznesu w przyszłym roku. Przechadzający się po nie tak licznych w tym roku, chyba z powodu oficjalnie wczoraj ogłoszonej w Japonii recesji stoiskach, w poszukiwaniu odpowiedniego rake klient, przekonuje się o walorach danego producenta przy akompaniamencie darmowego winka ryżowego i kilku zebranych na tę okazję doradców. Gdy tak po pół godzinie, 8 straganach i kilku głębszych, w końcu zdecyduje się na konkretny egzemplarz "wieńca", zapłaci okrągłą sumkę (np. 60,000JPY) zostanie mu (i jego biznesowi) oddana cześć w postaci przyśpiewki i oklasków. Potem pozostaje kapłan za rogiem, co łaska, pokłon do Boga - i gotowe. Można celebrować - w pobliskim yataju - kontynuując temat ciepłej bądź zimnej sake...


-...ten największy?

-mówię szanownemu panu, ręszzna robota!

ale ropucha...


sore, sore, sore!!!

-no chodź mała! nie chcesz klaskać?

-widziałaś kto w tym roku wyłożył kasę?


nic bardziej rozgrzewającego od atsukana!

ten pan bardzo chciał mieć z nami zdjęcie

I jedyna niewiadoma wieczoru: po co w damskiej ubikacji pisuar?

sobota, 15 listopada 2008

Sumeba miyako, czyli wszędzie dobrze, ale...

Witam po przerwie. Tym razem nawiedziłem Singapur i Hawaje, miejsca bardzo uczęszczane przez Ja-pączków, jak to często mówią o sobie w naszym rodzimym narzeczu. Doszedłem do wniosku, że 1/3 życia w Japonii doprowadza do sytuacji, że sztandarowe podejście "wszędzie może być dobrze" zaczyna stawać pod znakiem zapytania. Tu na miejscu, czyli w Japonii, człowiek wyczulony jest na szczegóły, które w jakiś tam minimalny sposób uprzykrzają mi życie, ale każdy wyjazd poza japoński archipelag uświadamia jak bardzo przyzwyczaiłem się do pewnych standardów i jak ich brak może irytować. Hawaje, a zwłaszcza Honolulu i okolice Waikiki bywają tak japońskie, że nawet trąbić nie wolno i gdyby nie "przymus" wręczania napiwków, to by się mógł człowiek zapomnieć. Natomiast Singapur (mimo, że napiwki _teoretycznie_ zakazane) potrafił denerwować nie tylko monsunami. Przyjazność tubylcza, potęgowana wiarą we własny angielski (a raczej singlish, do którego też się ciężko przyzwyczaić), co rusz okazywała się zwodnicza. Uśmiechnięty taksówkarz przełączający licznik na taryfę nocną, gdy jeszcze słońce wysoko, rozradowana kelnerka wbijająca "Western Meal", którego nikt nie zamawiał, ba, którego w ogóle nie ma w menu (sic!), ochotnik wskazujący drogę nie mając pojęcia, gdzie jest miejsce, do którego próbujemy trafić, sterty śmieci pod napisem "1000 dolców kary za śmiecenie", itd., itp. A wszystko przez to, że na pierwszy rzut oka Singapur zdawał się być bardzo japoński i nie zorientowałem się, że trzeba przyjąć algorytm chiński - wciąż uważać na siebie i wszystkich wokół. Tak właśnie rozleniwia Japonia – zaczynasz ufać nieznajomym do tego stopnia, że przestaje ci się włączać system wczesnego ostrzegania. Po chwili okazuje się, że irytujące są nawet opakowania, które nie chcą się otworzyć, ewentualnie rozerwać, w sposób założony przez producenta i zaczynasz myśleć, że ktoś tu komuś robi na złość, bo skoro Japończykom udaje się opatentować tak proste rozwiązania, to dlaczego nie miałoby się to udać na przykład Amerykanom? Powoli zaczynam rozumieć dlaczego "stara gwardia" japońskiej Polonii nie chce zbytnio z "nowymi" dyskutować o "Złych Stronach Kraju Kwitnącej Wiśni". Za bardzo czepiamy się pierdółek, które przesłaniają nam tak proste i duże plusy jak te, że w Japonii z reguły: turysty się nie oszukuje, taksówkarze nie zapominają włączać licznika i nie jeżdżą w kółko, a na talerzu dostaje się wyłącznie to, co się chciało dostać (i wygląda to tak, jak pokazuje zdjęcie lub atrapa). Oczywiście Stany, Singapur i każde miejsce na świecie są fascynujące i pełne wspaniałych ludzi, ale sprawdza się powiedzenie, że zaczynasz doceniać pewne rzeczy dopiero jak nagle przestajesz je mieć pod ręką... Banalne, acz bolesne. Człowiek się starzeje i zaczyna popierać japońską zachowawczą politykę bezpieczeństwa kosztem złości młodych (odczułem mocno jej brak latem jeżdżąc w Polsce samochodem). Singapurskie ruchome schody jeżdżą znacznie szybciej od tych w Japonii, mimo, że producent ten sam – Mitsubishi. Czyli można by schody w Japonii przyspieszyć, ale by się pewnie staruszki na nich przewracały, więc jeżdżą na 2/3 gwizdka...
Dobra, starczy dywagacji i kwaśnego biadolenia. Zresztą zdarzało się ono tylko parę razy dziennie, reszta pobytu wypełniona była szerokogębnym uśmieszyskiem – głównie z racji przelicznika 95 JPN za 1 USD :)
Czas na parę ilustracji...

Konkurencyjna franczyza w Honolulu wciąż poszukuje młodych talentów...

Chyba najstarszy hotel przy plaży Waikiki. Zapewne jakiś niesamowity prorok przewidział daleką przyszłość i kazał pomalować go na ulubiony kolor turystów z Japonii.

Znalezienie etnicznego jedzenia hawajskiego graniczy tam z cudem, można śmiało powiedzieć że TO jest "tradycyjna" kuchnia hawajska.

Japoński turysta może ostrzec nieświadomych nielicznych turystów spoza Japonii (tubylcy wiedzą), choć może to bardziej rodzaj chwalenia się, bo wielu chciałoby (?) znać choćby Engrish :)

Chociaż w sumie po co, skoro wszelkie potrzebne napisy wykonano też po japońsku...

Brakowało tego w Singapurze, ale obrazki były wręcz identyczne.

Za to jest coś, czego nie ma w Japonii - śmietniki na ulicach! Bruczkowski pisał, że poza głównymi ulicami można oglądać góry śmieci - znów zmyślał, bo to jest przy bardzo centralnej stacji MRT City Hall :)

Na szczęście wystarczyło podnieść wzrok z ziemi i takie widoki rekompensowały doznany szok.

W centrum nie było też tak szklanie-betonowo, jak się na pierwszy rzut oka wydawało...

...za to poza centrum było bardzo ciekawie, bo Singapur nie jest może rajem dla surferów, ale oferuje parę krajów w jednym państwie-mieście.

Chiny, Indie i Malezja do obejścia w parę dni ;)

Na koniec chciałem znaleźć ilustrację do przysłowia "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej", jednak była tylko do "najciemniej jest pod latarnią" :)
Przy prawie stuprocentowej wilgotności światło staje się jakieś takie fotogeniczniejsze...

poniedziałek, 10 listopada 2008

Nasza pierwsza franczyza

w Sztokholmie...

Podesłane przez Ewę i Magnusa. またよろしくね!

niedziela, 9 listopada 2008

Saitama&Sakura

Kilka świeżych klatek bez słowa.






niedziela, 2 listopada 2008

Nie nauką student żyje

Coroczny festiwal studencki w Saitamie nie zachwyci Cię na zewnątrz. Chaotyczne stragany ze zmarzniętymi przedstawicielami różnych kółek zainteresowań sprzedającymi potrawy i napoje w stylu "naleśnik z bananem i tequila" czy "szaszłyk ze skóry kurczaka i amaretto.
Gdy jednak wejdziesz do środka, szczęka opadnie Ci na pewno. Cały trzypiętrowy budynek z salami wykładowymi przerobiony na labirynt klubów i knajpek. Na dole piętro z rockowymi bandami. 8 sal, w każdej rzępolą inaczej. Po drodze na piętro mijasz zespół skrzypków szykujących się do występu w sali z muzyką klasyczną. Mijasz kółko teatralne, gdzie klęczy facet w kimonie; gada do widowni pełnej pustych krzeseł. Dalej przechodzisz obok sali przerobionej na tradycyjną izakayę, pełną siedzących w kucki klientów, by w końcu dotrzeć do klubu jazzowego, gdzie zespół formuje się na bieżąco. Ktoś z widowni wstaje i zaczyna grać, perkusista wraca za bar a kelnerka zdejmuje fartuch i zaczyna śpiewać. Na samym końcu trafiasz do klubu nocnego, gdzie uderzają Cię ciężkie house'y, piękna DJ-ka i skaczący swoje szanty do niej, studenci z Nepalu. To wszystko nastraja pozytywnie, bardzo pozytywnie!