czwartek, 31 lipca 2008

Arashiyama

Niezauważalnie egzotyka staje się coraz mniej „egzotyczna”, na koniec dochodzisz do momentu, w którym zastanawiasz się, co tak Cie dziwiło i zachwycało… Patrzę na zdjęcia zrobione podczas pierwszego pobytu w Japonii, rok temu. Na jednym hydranty w budynkach błyszczące niczym kryształy Svarowskiego, na drugim rowery, więcej rowerów, cała masa rowerów! Na innym przerażające „zestawy obiadowe”...

Dziś sama chodzę po ulicy z parasolką, chociaż nie pada. Wszak to wspaniała ochrona przed słońcem. Na wilgotność dobre są malutkie ręczniczki, a wachlarze w codziennym użyciu, nie dziwią nawet w rękach panów. Na szczęście, gdyby już całkiem opuściła mnie pokora i nastać miało „zblazowanie”,

są jeszcze takie egzotyczne miejsca, jak Monkey Park Iwatayama. Dzika natura na wyciągniecie ręki – rozkosz dla przybitej industrialną codziennością mojej „zielonej duszy”.

Choć na Kobe nie narzekam (góry tu wystają prosto z morza!), miło naturę poczuć jeszcze bardziej.


Spacer po lesie kończy się tuż pod szczytem góry, w miejscu „piknikowym”.

Stoi tam domek/schronienie. Nie, nie dla małp, dla ludzi. Drzwi suwane, zamknięte, w oknach kraty. W tym miejscu to ludzie siedzą w klatkach, niczym w Zoo. Ciekawe, kto bardziej kogo oglądał: my małpy, czy one nas..? W środku kibelek, lodówki z napojami i porcje owoców – dajesz 150 Y i za chwilę bratasz się z naturą w liczbie bardzo mnogiej.



Dobrze, że są kraty, inaczej małpy - żebraczki wlazły by na głowę.

Nie wiem, czy jeszcze „dzika” jest ta natura tutaj… Wprawdzie żadne ze zwierząt nie żonglowało kolorowymi piłeczkami, ani nie chodziło w kapeluszu, ale jakoś tak wszystko…za blisko… Większe emocje czułam, gdy ledwo wypatrzyłam ruch w gałęziach, po długim nasłuchiwaniu małpich odgłosów, niż gdy na szczycie zwierzaki otaczały mnie ze wszech stron. Ot – marketingowa "reguła niedostępności"? Bo lepiej gonić króliczka niźli złapać go...



Brak komentarzy: