poniedziałek, 28 stycznia 2008

Szalony styczeń

Z przyczyn losowych (szef w szpitalu) od listopada "doglądam" dwudziestu siedmiu studentów zamiast, jak do tej pory, siedmiu. Jak łatwo się domylić, w takiej sytuacji pisanie na bloga jest dla mnie dosyć trudne, szczególnie w styczniu, kiedy to nastaje okres egzaminów. Najcięższy (jeśli chodzi o zużycie psychiki) z nich to tak zwany egzamin centralny, taka ogólnokrajowa matura, która odbywa się w całej Japonii i musi być przeprowadzona bez najmniejszej wpadki - od jej wyników zależy to, na jaki uniwerek będzie mógł dany licealista startować. Stres udziela się rodzicom, którzy wnoszą skargi na każdy element, który mógł rozproszyć dziecko (np stukanie w kaloryferach) lub niewyraźne zapisanie czegoś na tablicy. W każdej sali pisze około 30 uczniów, "walczą"dwa dni zdając wybrane przez siebie przedmioty (od języków po etykę, w tym roku zaskoczyło zdających zadanie "napisz program w BASICu, który..."), pilnuje dwóch prowadzących w sali i jeden "strażnik" poza salą, podczas "angielskiego ze słuchu" dochodzi jeszcze pomocnik do rozdawania odtwarzaczy audio Sony, jeden dla każdego zdającego (do zabrania do domu po egzaminie). Oczywiście każdy "prowadzący" ma podwójne szkolenie za sobą i zestaw kilkudzesięciostronicowych instrukcji na temat tego co należy mówić, co robić w danym wypadku i z kim się kontaktować - na co zezwalać, a na co nie. Po zaliczeniu wszystkich szczebli od "strażnika na zewnątrz", przez odpowiedzialnego za sprzet do "English - Listening" od dwóch lat jestem w sali, dwa bite dni podwyższonej adrenaliny. Prawdę mówiąc nigdy nie myślałem, że pisanie "krzaczków" może być tak stresujące. Nawet nie pisanie, ale przepisywanie, bo jeśli jest jakaś poprawka co do przysłanych z Tokio zadań, to obaj "prowadzący" przepisują tekst "telegramu" na tablice - jeden na lewą, drugi na prawą. Każdemu, kto tak jak ja myślał, że ręcznego pisania kanji nie trzeba regularnie ćwiczyć wysyłam niniejszym ostrzeżenie - kiedyś może przyjść kryska na Matyska i rączki będą drżeć :)
W piątek wzmożony okres pracy dydaktycznej (cha cha) został przerwany przez wyjazd służbowy do Tokio, podczas którego mieliśmy się spotkać z ekipą TBN, niestety, jak już wiecie, Wita rozłożyła choroba i pan (?) internista. Wyjazd sponsorował Nissan, który zrobił mi niespodziewany prezent - ilustracje do odpowiedzi na pytanie "dlaczego firma samochodowa płaci mi na rozwój robotów". Teraz widać jak na dłoni kto będzie prowadził Pivo2 :)

PS: niniejszym oznajmiam, że nie mam nic wspólnego z faktem nadania projektowi polskobrzmiącej nazwy :>
PS2: dostałem kilka "zachęt" do napisania o tym jak wygląda praca w Japonii, niech to będzie pierwszy wpis pod nowego taga pt. "praca".

2 komentarze:

melun pisze...

re1: nazwa bardziej niz po polsku to brzmi po czesku pivo - piwo :-) , a ze sam koncepcyjny samochod sie kreci to zgaduje ze z angielskiego pivot...

re2: praca na uczelni wyzszej to zupelnie inny swiat niz praca w firmie (szczegolnie japonskiej), a nawet w liceum

Kabura pisze...

Myślę, że każdy czytelnik zdaje sobie sprawę, że praca na uczelni jest inna niż praca w firmie, ale może rzeczywiście należy to podkreślić - nie każdy w Japonii ma nienormowany czas pracy :))
Różnice między pracą "sararimana" a pracą "komuina" potrafią być bardzo drastyczne, proszę nie wyciągać pochopnych wniosków - mój rodzaj pracy stanowi stanowczą mniejszość w Kraju Kwitnącej Wiśni (wg www.stat.go.jp niecałe 4% populacji zatrudnionych).