czwartek, 3 stycznia 2008

Sylwester na wsi

Półtorej godziny samolotem na południe. Ube, prefektura Yamaguchi. Na lotnisku przywitał nas śnieg, 4 stopnie i wzburzone tym faktem Morze, Japońskie.





Dzieciaki rozochocone prószącym śniegiem kłócili się, gdzie postawią bałwana. Dźwięk mojego aparatu na chwilę wyrwał ich ze sprzeczki. Mata kite! krzyknęli potem, z pewnością chcąc, żebym uwiecznił ich mocno teoretyczną na razie budowle.

W kuchni ostatnie nakłuwanie...

W telewizji po dzienniku polska produkcja, wspomniana wcześniej przez Meluna.


A potem, również wspomniane, kohaku.

W reprezentacyjnym miejscu przyozdobione mandarynką moczi.


A przed północą walimy w dzwon. Ja trzy razy :)

8 komentarzy:

mwd pisze...

WiT, przedostatnia fotka (dzwon w deszczu) mnie rozwaliła na łopatki. Rewelacja!!!

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

WiT pisze...

To śnieg. Dzięki, wzajemnie najlepsze życzenia.

JM pisze...

Witaj,
Jak przyjęcie na łonie rodziny?
Czy czasy się na tyle zmieniły że obcokrajowiec nie jest już (bardzo) niemile widziany?

Pozdrawiam
JM

Antares pisze...

Przedostatnia fotka (ta z dzwonem w nocy) to mistrzostwo. Wygląda jak jakiś obraz bądź pocztówka :) Niesamowita!

~M pisze...

Dlaczego Japonia tak wciąga?
:)
W ogóle wschodnia Azja ma w sobie coś magicznego... i nie chodzi tutaj tylko o egzotykę, raczej o ludzi. Takie przynajmniej wrażenie zasiedziałego Europejczyka.

Trzeba będzie kiedyś się przekonać ;)

greah pisze...

Przedostatnia fotka jest powalająca. Tuningowałeś ją jakimś programem czy to jakaś specjalna technika?

Fluxid pisze...

Zdaje się że nie tylko mnie ta fotka powaliła...

WiT pisze...

Zwykłe zdjęcie z długim czasem naświetlania, robione z murka, bez tuningu. Jasny obiektyw, cyfrowa lustrzanka i trochę cierpliwości.