środa, 30 stycznia 2008

Suma sumarum

Jako, że jestem już od ponad miesiąca w Polsce nadszedł czas na podsumowanie japońskiej "przygody" i odejście do archiwum.:)
Czy mogłabym żyć w Japonii? Mając ukochana osobę u boku- może i bym dała radę, aczkolwiek z odwiedzonych przeze mnie krajów azjatyckich najchętniej przeniosłabym się do Tajlandii gdzie ludzie mają serce na dłoni- gdzie życzliwość jest tak naturalną rzeczą jak oddychanie. Japońska uprzejmość bardzo często jest sztuczna nie chciałabym użyć słowa wymuszona. W Polsce po powrocie uderzył mnie brak grzeczności a nawet zwykłe chamstwo od którego zdążyłam odwyknąć przez 3 miesiące w "kraju kwitnącej uprzejmości". Uprzejmości, która po kilku dniach bądź tygodniach zaczyna doprowadzać do szału, że za wszystko dziękują, za wszystko przepraszają.. i bardzo często stwarzają wrażenie ludzi przepraszających za to że żyją. Brakuje tak bardzo gentlemeńskiego przepuszczania kobiety w drzwiach, czy zwykłej pomocy na ulicy np. z wózkiem itp. Standardy zachowania co do osób starszych, czy kobiet z dziećmi, maja bowiem opisane na ścianach metra i wydaje mi się, że poza wiele schematów dotyczących życia czy tzw. kultury osobistej, nie wychodzą. Niewątpliwie brak znajomości języka odgrywa dużą barierę, gdyż niewiele osób zna język angielski w stopniu który umożliwia zrozumiałą konwersację. Aczkolwiek, brak znajomości japońskiego nie świadczy o tym, że przeżyć czy żyć w Japonii sie nie da. Ba! ma to nawet swoje zalety- można się wyciszyć, stać się zwykłym obserwatorem, i pewnie nie raz obiektem plotek współpodróżnych:) Podróżując komunikacją miejską nie musiałam wysłuchiwać naszpikowanego wulgaryzmami języka tak jak kiedy po raz pierwszy po powrocie wsiadłam w Warszawie do autobusu i zostałam ogłuszona przekleństwami dwóch rozmawiających ze sobą nastolatek ( chociaż w języku japońskim i tak nie ma przekleństw).
Dużym plusem i udogodnieniem jest niezwykle dobrze rozwinięta i funkcjonująca- w porównaniu do warunków w Polsce- komunikacja miejska. Mieszkanie poza Tokio- a nie tak jak np. poza Warszawą- nie sprawia więc żadnego problemu.
Pozycja kobiety ukształtowana kulturowo na przestrzeni dziejów nadal odbija się echem wśród społeczeństwa japońskiego. Specjalnie dla kobiet zostały stworzone wagony w metrze, gdzie w danych godzinach bezpiecznie mogą podróżować do lub z pracy, nie obawiając się napastowania ze strony mężczyzn. Niektóre linie autobusowe międzymiastowe, również oferują transport jedynie dla kobiet. Pomysły te na pewno nie powstały jedynie z powodu dychotomii płci czy chęci zarysowania wyraźnej odrębności gender, a raczej- stwierdziłabym (również na podstawie zasłyszanych historii o molestowaniu kobiet i japońskich dzieci min. w komunikacji miejskiej), że to właśnie spowodowane jest przez silne oddziaływanie płci męskiej na kobiecą czy wręcz jej ingerowanie w społeczno-kulturową tożsamość płci pięknej.
Mimo wszystko, Tokio dało mi poczucie bezpieczeństwa i swobody, a japońscy mężczyźni tylko kilka razy zdobyli się na odwagę, by zapytać mnie czy jestem dziewczyną do towarzystwa.
Japonia, na pierwszy rzut oka, wydała mi się krajem który dba o środowisko. Przykaz sortowania śmieci a nawet mycia kartonów po mleku (czy innych spożywczych opakowań) oraz suszenia ich przed wyrzuceniem, wydał mi się totalnie absurdalny, zwłaszcza w momencie kiedy w sklepie (dla przykładu) kupowałam mięso zafoliowane na tacce i plastikowe opakowanie z rybą w środku, przy kasie obydwie rzeczy pakowane były w osobne siatki by później, trafić do większej- wspólnej. Bzdura i marnotrawstwo!! Setki nieekologicznych i zalegających wszędzie torebeczek, często nachalnie wciskane były w moje ręce.

Japonia zachwycała by zaraz za rogiem ogłuszyć swą głupotą i bezmyślnością, zaskakiwała wachlarzem rozwiązań ułatwiających drobne codzienne błahostki, rozpieszczała konsumpcyjnie, zaspokajała różnorodnością produktów, a jesienią, zaskakiwała nieznaną mi wcześniej paletą barw.
Już się z nią pożegnałam i chyba nie tęsknię zbytnio, no może za ludźmi poznanymi w Tokio.... ale kolejny plan powoli się krystalizuje -grudzień- kierunek Tajlandia, Kambodża i Filipiny:)


ciasteczka na "porost biustu":



Po lewej stronie na poniższym zdjęciu żółte "U" na dachu- to rollercoaster. Właściciel budynku postawił go na dachu jako ciekawą atrakcję i możliwość zarobku. Na jego nieszczęście mieszkańcy okolicznych budynków sprzeciwili się pomysłowi i "żółte U" od dłuższego czasu bezużytecznie sterczy na dachu:)

14 komentarzy:

artur pisze...

Jak do tej pory to chyba jeden z najlepszych wpisów jakie czytałem na TBN. Dużo ciekawych porównań między Polską i Japonią, które sa bardzo cenne dla ludzi, którzy nie byli jeszcze w kraju kwitnącej wiśni a chcieli by się czegoś dowiedzieć.
Na pewno cenię sobie bardziej taki wpis niż wrzucenie 10 przypadkowych fotek z czasami mogło by się wydawać losowymi podpisami :)

Chciałem tu z tego miejsca podziękować autorce za ten wartościowy wpis.

carolajn pisze...

:)dzięki

Anonimowy pisze...

taka wisienka na torcie. sie spisalas

melun pisze...

Opis carolajn jest osobisty i ciekawy jednakże daleki od obiektywnego i rozumianego z poziomu poznania kultury japońskiej. Nie dziwi mnie to ponieważ osoba, która nie żyje w Japonii przez dłuższy okres czasu (liczony w latach), oraz nie zna języka Japońskiego tylko do pewnego stopnia rozumie to co ja otacza w Japonii, a obraz ten jest najczęściej zniekształcony poprzez odbieranie go w ramach osobistych: (w przypadku carolajn - polskiej) kultury i zachowań. W tym co carolajn napisała przejawia się jej etnocentryzm - afirmacja własnej kultury (np. dżentelmeńskie przepuszczanie kobiety w drzwiach, pomoc na ulicy), a jednocześnie deprecjonujący stosunek do tego co wydaje się jej jest kulturą japońską (np. wymuszona uprzejmość, wrażenie ludzi przepraszających za to że żyją). Wiąże się to z interpretacja zdarzeń i zachowań ze swojej perspektywy kulturowej oraz braku zrozumienia podstaw, które sterują zachowaniem Japończyków. Wrażliwość kulturowa – czyli osiągniecie adaptacji/integracji w stadium Bennettowskiego etnorelatywizmu nabiera się wraz z czasem I otwartym umysłem, czego autorce serdecznie życzę.

anjel pisze...

Muszę przyznać, że i mi Japończycy z wpisu wydali się trochę zdemonizowani. Przepuszczam panów przodem i nie w głowie mi mieć im to za złe.
Ale po-trzy-miesięczne podsumowanie zgrabne :)
Pozrowienia

Anonimowy pisze...

Nie rozumiem oburzenia plastikowymi torebkami. Nie sądzę aby w Japonii były wyrzucane na śmietnik tak jak u nas. Po posortowaniu można z nich łatwo zrobić nowe. Dużo to lepsze od wycinania drzew na torebki papierowe.

Yankess z Tokyo pisze...

Nie wiem jak Wy?! ale ja mam nieodprate wrazenie, ze w okol calej tej otoczki ciekawej kultury i zaskakujacych zwyczajow w Japonii codziennosc jest nadwyraz przecietna i powiem nawet ze nudna. Czasami bywa meczaca. Fajnie jest poznac i poczuc Japonie od srodka i miec doswiadczenie z jej obcowaniem, ale na pewno to nie jest miejsce ktore zasluguje na miano "przyjaznego" kraju. Czytajac post meluna.. mam wrazenie,ze autor albo duzo za dlugo tutaj mieszka ( i chwali to co moze), albo nie ma porownania z innymi krajami. Mowisz o kulturze a nie wspominasz o codziennosci. Chyba to jest najistotniejsze! (Co widzisz za oknem wstajac rano? w jakich warunkach dojezdzasz do pracy? na co mozesz sobie pozwolic zyjac w Japonii? ile masz wolnego czasu dla siebie i rodziny? jak spedzasz wolnczy czas? puste! malo wzniosle! ale jak wazne...) Mocno sie usmialem czytajac ten"trudny" jezyk i smieszne argumenty meluna. Komentarz carolajn jest bardzo trafny i obiektywny. czy ktos ma podobne odczucia?
pozdrawiam

Kabura pisze...

Zgadzam się w stu procentach z Melunem - nie rozumiem sugerowanej "śmieszności" jego argumentów i "trafności" tego co napisała Carolajn. Ona trafia do jednego wymiaru stereotypu, gdzie przepuszczanie przodem stoi wyżej od nie przepuszczania. Ktoś pochwalił jej wpis uznając, że się wiele dowiedział. Akurat "wiedzę" typu "Japończycy tylko udają grzeczność" możesz dostać na każdym kroku, każdy turysta ma podobne przemyślenia po odwiedzeniu Japonii...
Z drugiej strony stawiasz na codzienność sugerując, że kultura to odrębna rzecz, choć to przecież kultura sprawia, że nie czujesz się na ulicy jak żołnierz, który wie, że wróg zaatakuje, ale nie wie kiedy.
Pokazałem na paru zdjęciach widok z okna, drogę do pracy, sposoby na spędzanie wolnego czasu. Możesz na nich znaleźć tyle "przyjazności" Japonii, co jej "nieprzyjazności", dla chcącego nic trudnego - wydaje mi się, że to jest ta opisywana przez Ciebie "nuda". Też jestem zwolennikiem hasła "Japonia to zwykły kraj" (tyle plusów, co minusów), jednak trzeba spojrzeć na tę zwykłość/nudę właśnie z otwartym umysłem, w sposób sugerowany przez Meluna, bo inaczej będzie widać tylko egzotykę. Carolajn próbuje właśnie ukryć tę zwykłość wyciągając oklepane "różnice kulturowe" - jesteś więc za tym, że to nudny kraj, czy za tym, że wpis jest trafny? Bo jedno raczej nie idzie w parze z drugim.

carolajn pisze...

Japonia jest nudnym krajem.( Jak nie ciężko się domyśleć to moja prywatna opinia). Egzotycznym pod względem zamierzchłej kultury, czy jej spuścizny, ale mało - jak dla mnie- rozwiniętym pod względem kultury życia codziennego. W Japonii nie byłam jednak turystycznie, jak sugeruje to Kabura, ani też po raz pierwszy a "mając bagaż doświadczeń" z kilkoma krajami azjatyckimi mogę wygłaszać najśmielej jak tylko potrafię moją mało turystyczną opinię, że Japonia to kraj (bardzo często) "wymuszonej uprzejmości". Nie twierdzę ,że to złe- bo o wiele milej wchodzi sie np. do sklepu gdzie sprzedawca uśmiecha się do ciebie, dziękuje czy przeprasza, niż ( w przypadku polskich realiów) patrzy na ciebie z pretensją, że w ogóle wszedłeś. Nie twierdzę również jednak, że wszystkim musi to odpowiadać. Po tygodniu zaczęło mnie to doprowadzać do furii- po czym do zobojętnienia, a w Polsce po powrocie nawet zaczęłam za tym tęsknić. Mój wpis nie miał być wcale obiektywny Melun- był jak najbardziej subiektywny- chyba źle go zrozumiałeś. Czekam zatem z niecierpliwością na jakiś obiektywizm z twojej strony..:) Co do "braku zrozumienia podstaw, które sterują zachowaniem Japończyków" pozwolę sobie też się nie zgodzić:) Podstawy są mi dobrze znane, ale nie świadczy to o mojej akceptacji czy afirmacji ich sposobu życia i zachowania. Odnośnie "przepuszczania w drzwiach"- był to jedynie przykład a propos zachowania japońskich mężczyzn. Często napotykałam sie na sytuacje w których w Polsce, Paryżu, Bangkoku czy Taipei, ludzie ofiarowali by swą pomoc, a w Tokyo spokojnie przechodzili obok. Powtarzam raz jeszcze- chociaz nie powinnam- to moje osobiste odczucia wyrobione i zestawione w oparciu o inne doświadczenia z Azją czy Europą.
Nie usiłujcie przypiąć mi łatki "stereotypowo myśląca turystka" bo na to nie pozwalam:P Zresztą każdy z nas ma inny pogląd na życie w Japonii, japońskie kobiety czy mężczyzn. Japonia nie jest po prostu moją bajką i wcale być nie musi, ale po raz kolejny na dłuższą chwilę stała się moim domem i na tą chwilę było mi z tym dobrze.
Co do toreb papierowych- to nie powstają one z wycinki drzew, ale z recyclingu. A plastikowe torby to zło!!!!:)

erzi pisze...

Przeczytałam z zainteresowaniem Wasze komentarze,bo chociaż sama rezyduję w Tajpej Japonia od dawna mnie juz fascynuje. To co pisze Carolajn skłoniło mnie do snucia własnych przemyśleń w tym temacie. Czytałam gdzieś, że nauka języka obcego polega na porzucaniu własnych przyzwyczajeń językowych i przyjmowaniu innych. Z kulturą wydaje mi się jest podobnie: od pewnych rzeczy trzeba się "odzwyczaić", by móc "przyzwyczaić" się do nowych. Akurat przepuszczanie czy nie przepuszczanie kobiet jest tu błahostką w porównaniu ze zwyczajami, które w głowie siedzą nam o wiele głębiej.Czy jest to możliwe? Sama uważam, że tak, ale z jakiś tajemniczych przyczyn każdy indywidualnie decyduje do jakich nowych zwyczajów ma chęć się przyzwyczajać a do jakich nie. Carolajn, że Cię tak zaczepię, Japonia rozumiem odpada, a więc jaki kraj wchodzi w grę?
Plastikowe torby to samo zło, bez dyskusji, z jednym jednak nie mogę się zgodzić. Uważam, że bez znajomości języka niewiele się tak naprawdę wie o obcej kulturze - po prostu lizanie lodów przez szybę:-)

carolajn pisze...

Tajlandia, ewentualnie Hongkong.... Bez znajomości języka nie jest się skazanym na brak lodów czy ich lizanie przez szybę a jedynie na nie możność zjedzenia ich do końca a to nie to samo:)) pozdrawiam serdecznie

Kabura pisze...

W Hongkongu to z angielskim można sobie poradzić z wiadomych powodów, ale w Tajlandii częściej rozmawiam po japońsku, niż po angielsku, zwłaszcza w punktach sprzedaży. Thailsh jest tak samo śmieszny jak Engrish, a zabawne "tłumaczenia" można spotkać na całym świecie, w Hongkongu również: http://www.tefl.net/esl-lesson-plans/esl-activity-funny.htm
Jednak nieznajomość języka tubylczego odcina od tak prozaicznych badań kultury jakim jest rozumienie o czym rozmawiają sąsiadki, panowie przy barze czy dzieci w piaskownicy. A to skarbnica jeśli chodzi o obalanie przywiezionych ze sobą stereotypów.

erzi pisze...

W sprawie nieznajomości języka - brak możliwości zjedzenia lodów do końca to przecież czysta tortura! Jedno liznięcie, hm... ciekawe... zabierasz się do następnego, a tu jakaś nieznana gramatyka i chamskie słownictwo wyrywają ci loda z ręki i radośnie konsumują na twoich oczach:-) Co do konwersacji sąsiadek - nie wiem czy zauważyliście, że wiele rzeczy, które WYGLĄDAJĄ dziwnie i "egzotycznie" nagle staje się swojskie, gdy się USŁYSZY i zrozumie ich znaczenie.
Hongkong i Tajlandia? Hmm... muszę się wybrać i sprawdzić:-) Pozdr.

tededfred@wp.pl pisze...

melun & carolajn - umowcie sie po prostu na seks a nie bawicie sie we wzajemna psychoanalize :) bedzie prosciej :)

pozdrawiam