czwartek, 21 czerwca 2007

Moje Tokyo by night

(Nie, nie, spokojnie, nie przejąłem bloga)

Żeby nie dostać odleżyn, tfu, odsiedzeń, i być na bieżąco (czytaj: napić się z kolegami po fachu, żeby się wygadali co planują), pracownik japońskiego uniwersytetu powinien każdego roku pojawić się na dwóch-trzech konferencjach zagranicznych i tyluż krajowych (oczywiście ilość zależy od tematyki, chęci i zamożności wydziału, dentyści i inżynierowie nie narzekają). Krajowi organizatorzy starają się jak mogą, żeby miejsce było atrakcyjnie turystycznie, więc jeśli się tylko da, omijają Tokio. Z tego powodu najczęściej "odwiedzanymi" przeze mnie miejscami w stolicy są tamtejsze lotniska :) Dużym plusem częstych przesiadek wieczorową porą jest możność zobaczenia "Tokio Nocą" z góry, a na deser Fuji z zachodzącym słońcem w tle (super landszaft, niestety, jako osobnik przywykły do otoczenia przeważnie nie noszę ze sobą aparatu, wybaczcie). Tym razem wylądowałem w Miyazaki na wyspie Kiusiu, miejsca słynącego m.in. z mango, kurczaka, węgorzy i produkcji łuków do kyūdō. Słynny jest też gubernator Hideo Higashikokubaru (m.in. biegacz i komik, może kojarzycie "Takeshi's Castle"?, podobno puszczali kiedyś na niemieckich kanałach dostępnych w polskich kablówkach), który postanowił jutro odwiedzić naszą konferencję - mam nadzieję, że nie będzie prosił nas o opracowanie nowego systemu pierwiastkowego mającego na celu zwiększenie wpływów swojej prefektury :)

Tę twarz wypada znać, poznajcie się, kartonowy Hideo.

Poniżej mój magistrant w akcji, na szczęście wczorajsze shōchū z ziemniaków nic mu nie zrobiło. Opowiadał o akwizycji języka. Robot uczy się poprzez zabawy ruchowe, więc wystąpienie odbyło się w sesji "Myślenie zdroworozsądkowe u dzieci" :) Musimy zakupić parę nowych robo-brzdąców, żeby mogły się bawić w "chodzi lisek koło drogi" i "mamo, mamo, ile kroków mam dać?".

Wieczorkiem, przy piwie i kurczaku, a jakże, drużynowy brainstorming. Nasz pomysł był bardzo mało poprawny politycznie...

...jednak spodobał się na tyle, by zdobyć nagrodę pocieszenia :)

Powoli trzeba będzie zacząć rozglądać się za omiyage, czyli pamiątką z podróży - czymś, z czego słynie dane miejsce. W moim przypadku to najczęściej paczka czegoś, czego starczy dla ponad dwudziestu członków labu i polonijnej rodzinki. Oczywiście tym razem musi być coś z mango, oczywiście z biegnącym i roześmianym gubernatorem.

4 komentarze:

evilpillman pisze...

ładna mi nagroda pocieszenia... 500zł w sklepie ;)

Anonimowy pisze...

hihi Takeshi castle xD dzięki za przypomnienie tego durnego programu xD kuuurde obejrzałabym go jeszcze raz

reii pisze...

Takeshi Caste, haha! To dopiero kultowy program.

grobsol pisze...

Też go kiedyś widziałem :D. Tak głupi, że aś śmieszny.