środa, 30 maja 2007

Koniciłaaa

Pierwsze wrażenia jeszcze na gorąco bez polskich znaków.
Japonia to ciasny kraj klimatyzatorów - tak jednym zdaniem można scharakteryzować miejsce mojego obecnego pobytu, to w sumie raczej moje pierwsze odczucie.
Ale może trochę o podroży, bo jak obiecałem ze będę pisać, to coś skrobnę.
Wywlokłem, się z domu o 5:30 rano w poniedziałek. Stojąc w kolejce do odprawy bagażu, do końca nie wierzyłem, ze jakoś uda mi się polecieć na ten świstek wydrukowany przed godzina na drukarce - ale jednak się udało. Lot do Anglii to kosmetyka - dwie godzinki ze śniadaniem, obok jakiegoś przysypiającego angola i z tłumem chyba kibiców na końcu samolotu. Ale to nic. Powiem tak, nawet moje lansowanie na wykształconego i otwartego na świat człowieka nie pomogło mi pozbyć się lekkiego szoku kulturowego na lotnisku w Heathrow, tym bardziej ze to moja pierwsza wyprawa trochę dalej niż to nasze zubożałe centrum Europy. Ilość nacji i wszechogarniający Hindusi jako obsługa naziemna, sklepikarze, pracownicy lotniska i inni pełniący chyba każdą funkcje przytłaczają. Spędziłem tam, a raczej przespałem, jakieś 7 godzin. W sumie fajnie - jak okiem sięgnąć, elegancko czysto, a na każdej ławce kimają podróżni - bardzo ciekawy kontrast. Jazda zaczęła sie w samolocie, trafiłem pod okno (już teraz wiem ze wracam na miejscu przy przejściu) razem z dwiema Japonkami, które wbrew obiegowym opiniom jakoś się mnie nie przestraszyły, ale oprócz uprzejmego kiwania głową i mruczenia `hai, hai` słowa żeśmy ze sobą nie zamienili. 11 godzin na krzesełku z miejscem na nogi jak w ławce w podstawówce robi swoje. Usiłowałem oglądać coś na mikro LCD, ale jakość dźwięku i telepanie się samolotu uniemożliwiały mi skumanie o co chodzi w danym filmie, wiec oglądałem jeszcze raz ostatniego bonda. W sumie obejrzałem go jakieś 2,5 raza, tzn łączna długość scen jakie widziałem odpowiada 2 filmom w całości. Resztę przespałem, żarcie jadłem pałeczkami, aby sobie trochę zaimponować, niewiele pomogło. Wyturlałem się trochę kopnięty z samolotu, była lokalna 11:04, ale trochę się zgubiłem czasowo w sumie nie wiem ile leciałem i do tej pory nie wiem ile trwała cala podroż.
Jeszcze trochę oczekiwania na bagaż, choć nie wierzyłem, ze go przywiozą, to jednak się udało. Później kontrola, udało się przemycić jakieś 5 kilo mięsa i serów. Na koniec lokalny pracownik kolei pomógł mi kupić niewłaściwy bilet na mój pociąg, który spóźnił się bo jak zwykle ktoś wpakował się na tory, to podobno taka lokalna tradycja, w sumie pewnie niewiele jest miejsca w Japonii na popełnienie samobójstwa, wiec im się nie dziwie, tu w ogóle jest mało miejsca. Kupiłem samodzielnie pierwszy browar w stacyjnym sklepiku i już bardziej wyluzowany wbiłem się do pociągu, do którego kazał wsiadać mi Wit, choć konduktor usilnie mówił mi ze to nie to połączenie. Trochę głupio jedzie się pociągiem który nie robi `tut-tut`, ale widać jakoś inaczej tutaj te szyny spawają.
Z nieukrywana radością ulga zobaczyłem Wita wśród tłumu Japończyków. To tyle wrażeń z trasy, napisze jeszcze o kiblach i innych lokalnych wynalazkach. To całkiem ciekawe miejsce, ta Japonia.

12 komentarzy:

Grobsol pisze...

Zajś ktoś na tory wskoczył? Rzeczywiście to chyba w Japonii powszechne zjawisko.
Ciekawie jest przeczytać taką świeżą relację.

Kunio pisze...

Nie stety ale w KKW samobójcy to powszechnie spotykane zjawisko anyway witamy w KKW :)

Robert pisze...

Teraz nalezy przestawic "zegar" w glowie na lokalny czas ;) Czekam na kolejne posty :)

RubyCoder pisze...

Proszę pisz częściej ! Ja za 2 miesiące lecę tam, pierwszy raz w życiu samolotem...

magdavigdis pisze...

ciekawe to przemycanie, mojej koleżance udało się przewieść 18 kg nadbagażu tyle że Z japonii...

Anonimowy pisze...

Jeśli chodzi o filmy to muszę Cię zmartwić w drodze powrotnej nie ma Bonda ;-). Muszę zresztą powiedzieć, że lecąc do Tokio miałem takie same odczucia jak Ty ...

magdavigdis pisze...

ps.uwielbiam ostatnią desynchronizację kolejności akcji:)

n€x¤R pisze...

w razie, gdyby daro zapomnial przekazac: pozdrowienia z polszy ^^ . daro - usciskaj mocno wita od nas **

Yolus Kojns' wife pisze...

i od nas mocno wysciskaj:)
od Kojnów z małym melonkiem w brzuszku, usciskaj Wita i Shoko :)

kolasia pisze...

Kible w Japonii są najlepsze! Normalnie komputer! U mnie w domu to właśnie opowieści o nim robiły największą furorę, szkoda, że tata zdjęcia żadnego nie zrobił, tak muszę wierzyć na słowo.

Vanti pisze...

Widzę, że nowa krew napłynęła do Nipponu. Fajnie ;) Mam nadzieję, że dane będzie nam się spotkać za jakiś miesiąc kiedy i ja tam dobiję. Pozdrawiam!

Robert pisze...

kolasia - kiedys chyba na tym blogu byly zdjecia takich toalet, poszukaj ale to juz dawno bylo ;)