czwartek, 31 maja 2007

środa, 30 maja 2007

Koniciłaaa

Pierwsze wrażenia jeszcze na gorąco bez polskich znaków.
Japonia to ciasny kraj klimatyzatorów - tak jednym zdaniem można scharakteryzować miejsce mojego obecnego pobytu, to w sumie raczej moje pierwsze odczucie.
Ale może trochę o podroży, bo jak obiecałem ze będę pisać, to coś skrobnę.
Wywlokłem, się z domu o 5:30 rano w poniedziałek. Stojąc w kolejce do odprawy bagażu, do końca nie wierzyłem, ze jakoś uda mi się polecieć na ten świstek wydrukowany przed godzina na drukarce - ale jednak się udało. Lot do Anglii to kosmetyka - dwie godzinki ze śniadaniem, obok jakiegoś przysypiającego angola i z tłumem chyba kibiców na końcu samolotu. Ale to nic. Powiem tak, nawet moje lansowanie na wykształconego i otwartego na świat człowieka nie pomogło mi pozbyć się lekkiego szoku kulturowego na lotnisku w Heathrow, tym bardziej ze to moja pierwsza wyprawa trochę dalej niż to nasze zubożałe centrum Europy. Ilość nacji i wszechogarniający Hindusi jako obsługa naziemna, sklepikarze, pracownicy lotniska i inni pełniący chyba każdą funkcje przytłaczają. Spędziłem tam, a raczej przespałem, jakieś 7 godzin. W sumie fajnie - jak okiem sięgnąć, elegancko czysto, a na każdej ławce kimają podróżni - bardzo ciekawy kontrast. Jazda zaczęła sie w samolocie, trafiłem pod okno (już teraz wiem ze wracam na miejscu przy przejściu) razem z dwiema Japonkami, które wbrew obiegowym opiniom jakoś się mnie nie przestraszyły, ale oprócz uprzejmego kiwania głową i mruczenia `hai, hai` słowa żeśmy ze sobą nie zamienili. 11 godzin na krzesełku z miejscem na nogi jak w ławce w podstawówce robi swoje. Usiłowałem oglądać coś na mikro LCD, ale jakość dźwięku i telepanie się samolotu uniemożliwiały mi skumanie o co chodzi w danym filmie, wiec oglądałem jeszcze raz ostatniego bonda. W sumie obejrzałem go jakieś 2,5 raza, tzn łączna długość scen jakie widziałem odpowiada 2 filmom w całości. Resztę przespałem, żarcie jadłem pałeczkami, aby sobie trochę zaimponować, niewiele pomogło. Wyturlałem się trochę kopnięty z samolotu, była lokalna 11:04, ale trochę się zgubiłem czasowo w sumie nie wiem ile leciałem i do tej pory nie wiem ile trwała cala podroż.
Jeszcze trochę oczekiwania na bagaż, choć nie wierzyłem, ze go przywiozą, to jednak się udało. Później kontrola, udało się przemycić jakieś 5 kilo mięsa i serów. Na koniec lokalny pracownik kolei pomógł mi kupić niewłaściwy bilet na mój pociąg, który spóźnił się bo jak zwykle ktoś wpakował się na tory, to podobno taka lokalna tradycja, w sumie pewnie niewiele jest miejsca w Japonii na popełnienie samobójstwa, wiec im się nie dziwie, tu w ogóle jest mało miejsca. Kupiłem samodzielnie pierwszy browar w stacyjnym sklepiku i już bardziej wyluzowany wbiłem się do pociągu, do którego kazał wsiadać mi Wit, choć konduktor usilnie mówił mi ze to nie to połączenie. Trochę głupio jedzie się pociągiem który nie robi `tut-tut`, ale widać jakoś inaczej tutaj te szyny spawają.
Z nieukrywana radością ulga zobaczyłem Wita wśród tłumu Japończyków. To tyle wrażeń z trasy, napisze jeszcze o kiblach i innych lokalnych wynalazkach. To całkiem ciekawe miejsce, ta Japonia.

wtorek, 29 maja 2007

Daro jest

Melduję szczęśliwe dotarcie Darka na drugą stronę Ziemii przez Londyn. Miał chłopak na koniec pecha, ktoś się rzucił pod pociąg na głównej magistrali z lotniska przez miasto i jego ekspres był opóźniony ponad 30 minut (pewnie tyle zajmuje pozbieranie ciała czy dwóch).
Jest koźlak, jest krzepki radek, jest kiełbasa. Żyć nie umierać!

poniedziałek, 28 maja 2007

Pytania o Azję



Każdy wieczór na Osambie to przygoda. Niedawno spotkaliśmy parę Japońsko-Chińską. Zaczepili mnie, gdy czekałem na zdjęcie, trzymając aparat by nie spadł z jakiegoś słupka.
Zaproponowałem by do nas dołączyli, żeby zrobili największy błąd tego tygodnia, pogadali ze Slavą i Gregiem o czymkolwiek...

Skrót konwersacji:
Slava (środkowo-europejski akcent):Hey! where are you from?
Chinka (bardzo starała się brzmieć po amerykańsku; z tymi typowymi chińskimi szi, chi jednak słychać było jakby się dławiła, bardzo głośna, 120% pewność siebie): Hellow! I'm from Beijing, my boyfriend is from Japan. Have you been to Beijing? It's a great city, it's completely different from Shanghai, China is a really developed country, you all should visit.
Greg (słabo słyszalny akcent polski): Japanese boyfriend? Is that possible?
Japończyk (mocny, drewniany japoński akcent): Hehe, ghsst, hehe (połączenie goofiego z beavisem)
C: Why not! We are very nice couple!
S: How it happen you two talking so good English?
J: We met in America, we were studying in LA. Now my girlfriend is visiting me.
G: Great!
C: What are you doin' here?
S: What do you think about the Taiwan and Hong Kong, are they parts of China?
C: Of course, They came back to China, and we kindly accepted them.
S: How often you eat dogs?
C: Excuse me??!! We don't eat dogs! I never saw anybody eating dogs in China. It's not us, It's Koreans!
S: Let's go to the other side of the pier.
C: No, I prefer this side. The view is more like in America.
J: Hehe, hrumph khekhe
G: How many people in your family hate Japan?
C: What??!! We don't hate Japan! oh well, sometimes. Do you know how many people Japanese had killed in China during war?!
S: Do you know how many people kills your government in Tibet, Mongolia and inside your country every year?
G: Do you know what human rights are?
C: China is a great country! We don't kill anybody, you should visit!
S: Yeah right, why you hate Japan so much?
J: eee?
C: I don't hate Japan! You are wrong! (z przytupem)
G: So when you are gonna marry each other?
C: We are goin' home, bye!

No i nici z romantycznej randki nad zatoką.

niedziela, 27 maja 2007

HB

Hostess Bary są czymś bardzo mocno zakorzenionym w japońską tradycję i kulturę. Kulturę życia, pracy i rozrywki.
To takie miejsca do których przychodzi się z biznes partnerem by go upić w towarzystwie kobiet z całego świata przed podpisaniem kontraktu. To też miejsce, do którego wysyła raz w tygodniu żona pana Taro, bo już mają dziecko i nie uchodzi tak z mężem jakieś figle uprawiać po nocy. To również miejsce by zapoznać egzotyczną dziewczynę z Europy wschodniej, pochodzić na kontrolowane randki, kupić jej kamerę i telefon. Potem sprawdzać zdalnie gdzie jest. Jak to działa?

Prosto:
HB są wszędzie, są jednak ich skupiska, jak tokijskie Roppongi (dosł. sześćdrzew). Siacio zapowiedział po południu, że wieczorem idziemy na spotkanie biznesowe do sześciu drzewek. To takie kodowe gadanie, żeby podstarzałe japonki z biura nie poczuły się zgorszone. W fabryce zostawiam laptopa, aparat. Podejrzewam, że noc będzie długa.
Docieramy do Roppongi o 22:00. Ta dzielnica to właściwie jedna szeroka ulica z dwupiętrową autostradą ponad nami. Nie ma ani jednego drzewka.
Wieczór warto zacząć od jakiegoś drinka. Udajemy się więc do Heartland'a, baru w międzynarodowym stylu, z międzynarodową ekipą w środku. Już po drodze czarni naganiacze na głównej ulicy zaczynają rozglądać się za nami. Niektórzy nie zwracają na nas uwagi, to w większości przedstawiciele lokali "wyższych kategorii", gdzie cudzoziemców nie obsługuje się z uwagi na aids.
Idziemy już 10 minut, przedzierając się przez kolorową ulicę. Każdy budynek wygląda podobnie, parę pięter, na każdym lokal lub dwa.
W barze wypijamy kilka drinków, spotykamy klienta. Wracamy na bulwar. Naganiacze w pełni aktywności, przewracają karty swojego menu ze zdjęciami twarzy. Nie ma co się zastanawiać, wszędzie tak samo. Siacio negocjuje cenę z jakimś garniturem z Senegalu. Najpierw po angielsku, potem po japońsku. Ustalają cenę, 8,000JPY/os. za wstęp i pierwszą godzinę. Drinki po 500. Deal.
Ciasną windą wjeżdżamy na 7 piętro i lądujemy w podejrzanie spokojnym barze. Obsługa już wie o nas. 12 dziewczyn ustawia się w rządku na przeciwko wejścia. My stajemy przed nimi w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, wyboru. Gama szeroka, dookoła świata w mgnieniu oka. Wybieramy szybko jakąś egzotykę, każdy to co akurat po alkoholu lubi. Siacio z klientem Europę wschodnią, ja trafiam na Izrael. Siadamy do stolika. Sytuacja jest dla mnie tak krępująca, że trzy drinki sprzed kwadransa wyparowują momentalnie z mojej krwi. Ustalamy kto co pije, dostajemy szklanki, mocne. Późniejsze drinki już nie będą takie.
Gadka szmatka, żarty międzykulturowe, zwłaszcza z Europą wschodnią. Klub nie duży, dwa podesty z rurą, bar z kelnerem który już wszystko w życiu widział, Senegal przy drzwiach.
Tradycyjne fore-playowe pytania w stylu skąd jesteś, co robisz, jak długo? Jak dobrze mówisz po japońsku/angielsku/rosyjsku?!
Pierwsza godzina mija szybko, dziewczyny pytają czy mogą zamówić sobie szampana. Czemu nie, trzeba tylko spytać którego, ponieważ ceny wahają się od 30 to 150tyś JPY. Kelner przychodzi przedłużyć nasz pobyt. Z rozmów biznesowo-rozrywkowych każdy w ramach własnej pary odpada powoli w swój alkoholowy klimat . Klient ostro obmacuje Słowenkę, Siacio przysypia na piersiach Rosjanki a ja rozmawiam z Żydówką o sytuacji w Libanie, pracy w Japonii, o Polsce. Była kiedyś z wycieczką szkolną w Oświęcimiu. Po skończeniu 20 lat wyjechała do Japonii. Dziewczyna orientuje się, że nawet wódka nie pozwala mi czuć się swobodnie. Opowiada mi o swojej pracy, ja pytam.
Laski w tym klubie mają wolną rękę. Mogą się umawiać z klientami, byle na zewnątrz. Mówi, że jej poprzedni klub był inny. Randki były aranżowane z klubem. Mogło to być cokolwiek, kino, wypad do Kamakury czy zakupy w Yodobashi. Musiały się jednak kończyć w klubie. Dziewczyna wtedy meldowała klienta, ten uiszczał w kasie opłatę za randkę, laska dostawała premię.
Mija druga godzina.
Dopiero teraz widać jak jesteśmy wszyscy przemęczeni tutejszym stylem życia. Kilka drinów i wszyscy śpią. Środek tygodnia, środek nocy. Już nie wrócimy do domu. W Tokio nie ma nocnych pociągów. Pozostaje taksówka za 3 many (30,000JPY), hotel kapsułowy (6,500JPY) lub balet do rana. Ale jak tu balować jak wszyscy śpią...
Z pseudo erotycznego i z założenia pobudzającego klimatu zrobił się senny by nie powiedzieć przytulny.
Z marazmu budzi nas głośna muzyka i skośna artystka bez stanika kręcąca się na srebrnej rurze. Nawet Siacio się budzi, wychodzimy. Do pełnej przytomności doprowadza go rachunek. Chyba trochę więcej niż się spodziewał. Zjeżdżamy na dół, klient wskakuje do taksówki i znika. Chyba mu się podobało.
Uderzamy do baru z ramenem. Ciężki, gorący rosół dobrze zrobi każdemu. Jest pierwsza w nocy, ulice pełne taksówek, chodniki pełne ludzi.

Budzę się w barze, na stole. Przed oczami mam solniczkę, zawszę dosalam Ramen. Jest już jasno, czas do domu, autopilotem pod prąd. Ten dzień już jest raczej stracony.

sobota, 26 maja 2007

czwartek, 24 maja 2007

Sakuragicho on the wall

W Japonii rzadko spotyka się graffiti. Na pewno nie ma ich na rządowych samolotach. Czasami jednak tutejsi "can's addicted" naprawdę się zorganizują, załatwią pozwolenia (via. nike) i zrobią coś porządnego.





























Joost

Rewolucja jest tuż tuż. Od jakiegoś czasu obserwuję rozwój nowego serwisu twórców Skype, Joost. Świetna realizacja pomysłu na pograniczu VOD i podcastów.
W Japonii brakuje mi telewizji muzycznej. Nie mam kablówki. Joost zaczyna doskonale wypełniać ten brak. Chłopaki robią świetną robotę.

Mam jeszcze zaproszenia do rozdania jak ktoś ma ochotę spróbować.

wtorek, 22 maja 2007

Zielona herbata

Dziś kolega z pracy powiedział mi, że przez 10 lat mieszkania w stanach bardzo przeszkadzało mu to, że gdy kupował zieloną herbatę w butelce, była ona słodka, zielona i produkowana przez CocaColę.
W Japonii zielona herbata jest żółta, gorzka ale też produkowana przez CocaColę :)
Nawet nie przypuszczałem jak można się od niej uzależnić.
Jakież było moje zdziwienie gdy kupiłem kiedyś "zieloną herbatę" w Polsce, nie dość, że słodką to jeszcze z cytryną :P

Jogashima

To wysepka na koniuszku półwyspu Miura, gniazdka Radka i jego rodziny. Klimat podobny do Enoshimy tylko mniej "romantycznie" jest (ulubione słowo Japonek). Za 350JPY można zjeść szczękę tuńczyka, za 700 popłynąć w 20-minutowy rejs łodzią rybacką. Jest nawet darmowy parking. Ode mnie, z Yokohamy, jedzie się godzinkę. Wraca trzy...






poniedziałek, 21 maja 2007

Lent-a-kaa

Zostałem stałym klientem wypożyczalni samochodów Toyoty. To ciekawe, że w Polsce nie ma jeszcze fabrycznych sklepów tego typu. W Japonii bardzo popularne są wypożyczalnie Toyoty, Mazdy czy Nissana, które gdzieś tam przy okazji zrzeszone są w jakimś Hertz'u czy Avis'ie.

Tak czy inaczej, takie weekendowe wypady gdziekolwiek, wpływają na mnie bardzo kojąco.




Powyżej nowo otwarta galeria BankART Studio, polecam.





A pozostałe zdjęcia z Odaiby.