wtorek, 24 kwietnia 2007

Prawo do jazdy

Dziś zdałem egzamin na japońskie prawo jazdy. Klimacik podobny jak w Polsce. Tyle, że zamiast myśleć komu tu dać w łapę, myślałem komu tu dać w papę. Wyjątkowo irytujący proces egzaminacyjny obejmujący kwalifikację do egzaminu teoretycznego, egzamin pisemny na kartce i egzamin praktyczny w miasteczku symulującym nieudolnie ruch drogowy (np. jeżdżą spychacze). I jest to ścieżka mocno uproszczona, dla posiadających już prawko z innego kraju (np. z Polski).

Pierwsza faza polega na udowodnieniu, że było się w kraju wydającym oryginalne prawo jazdy (Polska) w dniu jego wydania i 3 miesiące po. Pan w okienku orzeka ten fakt analizując wnikliwie pieczątki w paszporcie. Jeśli miałeś kiedyś inny paszport, który w jakiś sposób obejmował czas wydania prawa jazdy, musisz go też dostarczyć. Głupie, nie głupie, trzeba wykonać. Nie ma dyskusji. Greg dyskutował i w ogóle go nie dopuścili do niczego.

Gdy już szczęśliwie przebrniesz przez niedorzeczności pierwszego punktu, czeka Cię badanie wzroku na maszynie z lat pięćdziesiątych i egzamin pisemny na kartkach (po angielsku). Pytania idiotyczne ale i podchwytliwe zarazem, jak w Polsce. Na przykład czy w Japonii przy przewozie pasażerów liczy się trzy osoby dorosłe jak dwójkę dzieci? (odp. TAK). Mi udało się zdać za pierwszym razem, głównie dzięki Kubie, który to po oblaniu teorii kupił książki o japońskim ruchu drogowym.

Kolejny etap to odyseja praktyczna, z góry założona trasa po miasteczku pełnym wyimaginowanych rowerzystów. Jak nie wysilisz swojej wyobraźni, czeka Cię wiele chwil zwątpienia. Po pustych ulicach musisz jeździć jak po zatłoczonym mieście, pokazując smutnym panom w granatowych mundurach, że rozglądasz się, zapobiegasz wykorzystaniu wolnej przestrzeni obok auta przez szybkiego jak strzała rowerzystę, itp. Raz oblałem, bo czekałem na stopie mniej niż trzy sekundy. Drugi raz, bo brałem zakręty zbyt szeroko. Kuba oblał bo brał zakręty zbyt wąsko (haha, leżę na ziemi!) i nie rozglądał się wystarczająco dookoła (też dobre). Zdałem za trzecim razem, chyba tylko przez dobry humor egzaminatora.

Nie ma jazdy po mieście, nie ma parkowania ani podjeżdżania pod górkę. Niby proste. W sumie wydałem ponad 12000JPY na wszystkie podejścia i wydanie uprawnień. Pierwsze prawo jazdy jest ważne przez dwa lata od miesiąca po twoich kolejnych urodzinach (kto to wymyślił?!). Więc moje trzeba przedłużyć do 13.01.2010r. Mam nadzieję, że nie będę musiał tego robić...

Linki do fotograficznego opisu Kuby oraz słownego Andy'ego, także oficjalny bullshit od JAF'u i przykładowy egzamin teoretyczny, dla zdających w przyszłości. Ganbatte ne.

11 komentarzy:

Yuen pisze...

milo slyszec, ze gdzies jest wiekszy surreal, niz w Polsce:P

Vanti pisze...

A ja myślałem, że to wPolsce jest trudno zdać ;) W każdym bądź razie - gratuluję!

reii pisze...

O Jezusie! Nizle. No ale grat WiT:)

greah pisze...

gratulacje Wit. widać pełną asymilację z tamtejszym społeczeństwem :)

Daburo pisze...

Boże co za przygłupy.
Ciekaw jestem czy musiałeś jeździć w białych rękawiczkach :)

Anonimowy pisze...

Fakt, że nie znasz przekrętów, dzięki którym powstał ten przpis robi z ciebie przygłupa, nie z ustawodawców...
Z moich znajomych 80% zdało za pierwszym razem, reszta za drugim. Pytania i jazda na zmianę prawa jazdy (to nie jest zdanie na prawo jazdy, to jest malutki teścik udowadniający, że prawko z twojego kraju jest coś warte) są banalne, ale niestety w niektórych krajach nie uczy się bezpiecznej jazdy i to strasznie widać podczas tego "pseudoegzaminu". Osoby, które naprawdę zdają tutaj na japońskie prawo jazdy, mają na egzaminie i parkowanie, i górki, i jazdę po mieście. Kurs obejmuje takie rzeczy jak naukę poślizgów i jazdy po autostradach, górskich drogach, itp., szkolenie jest dokładne i zdaje się za pierwszym razem. Z takimi osobami jeździ się naprawdę komfortowo. To egzaminy w Polsce są kuriozalne, przynajmniej były jakieś 10-15 lat temu, nie wiem jak jest teraz.

WiT pisze...

Heh, dobre, dobre.
A ty gdzie zdawałeś, na Hokkaido?

Anonimowy pisze...

Wit naucz sie wreszcie przyjmowac krytyke.
Mozna zdac za pierwszym razem i juz.

zoe pisze...

a co to za roznica czy zda sie za 1 czy za 15? wazne jest to zeby jezdzic bezpiecznie. wiem ze ci co zdali za 1 razem jezdza beznadziejnie, szpanuja, puszczaja kierownice. bo co im podskoczysz przeciez zdali za pierwszym. ;| i tak jest i w polsce i w niemczech japonii usa gdziekolwiek zamarzysz. wiec wedlug mnie drogi anonimowy nie ma sie czym chwalic ;)

Rafal pisze...

Ja zdawalem na Hokkaido z dwoma innymi Polakami. Poszlismy na pierwszy ogien we dwoch i zdalismy, a trzeci trafil na Zlego Egzaminatora, ktory od pierwszej chwili byl nastawiony na oblanie cudzoziemca, bo `dostal mandat na Hawajach`. Oczywiscie za drugim razem nasz kolega zdal bez problemow. W Japonii 99% procent kursantow zdaje za pierwszym razem i 96% jezdzi bardziej niz bezpiecznie, kulturalnie i bez niepotrzebnej brawury, zadnej popisowy, chyba, ze jestes menelem drogowym a`la bosozoku. Trabniecie na kogos, kto sie zagapil na swiatlach jest chamstwem i kierowcy decyduja sie na takie ostateczne rozwiazania naprawde po dobrej chwili. Odkad zaczalem jezdzic w Japonii, w Polsce latam samolotami tam, gdzie sie da, dopiero teraz widze ile ryzykujesz wyjezdzajac na polskie szosy...
A zdawanie po kilkanascie razy? Chyba na pierwszy rzut oka to paranoja, nieprawdaz?

markus07 pisze...

eee bez przesady. 99% kursantów? skąd ta liczba? 96% jeździ bezpiecznie? hehe ciekawe - kilka razy bym wypakował w kolesi którzy nie używali migaczy, zmieniali pasy na żółtej linii, zajeżdżali drogę, przekraczali prędkość więcej niż ja, zachowywali się cholernie brawurowo - podam, że takie zachowania widziałem na K1, 16, K3 oraz w centrum Shinjuku - barany którzy nie wiedzą czy jadą w lewo czy w prawo, klikają awaryjki i zajmują cały lewy pas nie patrząc że robią wielki korek, zawracanie pod prąd, wyjazd z garażu nie patrząc na nikogo. Akurat mieszkam koło ruchliwej ulicy i klakson można słyszeć o każdej porze dnia i nocy. ech jak to dobrze mieszkać poza centrum....jak w Polsce...na wsi też ludzie jeżdżą bezpiecznie i powoli w każdą niedziele na jarmark i do kościoła i klaksonu nie używają... widać spotkałem te 4% furiatów drogowych, w świecących samochodach, mrugających motorach..