niedziela, 29 kwietnia 2007

RX-8

Tokyo drift w wydaniu polonijnym. Za 24,000JPY można sobie wypożyczyć sportową furę. Wzięliśmy więc z Włodkiem dwie. Ponad 200KM pod maską i napęd na tył. Niebo!



A wszystko po to by zjeść ponownie legendarną gyozę z Tsukuby. Właściciel nawet mnie pamiętał. Niestety nie jest już taka dobra jak kiedyś.


czwartek, 26 kwietnia 2007

Prywatka

Niedawno żegnaliśmy Włodka w Roppongach. Jego farewell-party odbyło się w prawdziwie polskich klimatach. Szkoda, że musiałem wyjść w połowie.






wtorek, 24 kwietnia 2007

Prawo do jazdy

Dziś zdałem egzamin na japońskie prawo jazdy. Klimacik podobny jak w Polsce. Tyle, że zamiast myśleć komu tu dać w łapę, myślałem komu tu dać w papę. Wyjątkowo irytujący proces egzaminacyjny obejmujący kwalifikację do egzaminu teoretycznego, egzamin pisemny na kartce i egzamin praktyczny w miasteczku symulującym nieudolnie ruch drogowy (np. jeżdżą spychacze). I jest to ścieżka mocno uproszczona, dla posiadających już prawko z innego kraju (np. z Polski).

Pierwsza faza polega na udowodnieniu, że było się w kraju wydającym oryginalne prawo jazdy (Polska) w dniu jego wydania i 3 miesiące po. Pan w okienku orzeka ten fakt analizując wnikliwie pieczątki w paszporcie. Jeśli miałeś kiedyś inny paszport, który w jakiś sposób obejmował czas wydania prawa jazdy, musisz go też dostarczyć. Głupie, nie głupie, trzeba wykonać. Nie ma dyskusji. Greg dyskutował i w ogóle go nie dopuścili do niczego.

Gdy już szczęśliwie przebrniesz przez niedorzeczności pierwszego punktu, czeka Cię badanie wzroku na maszynie z lat pięćdziesiątych i egzamin pisemny na kartkach (po angielsku). Pytania idiotyczne ale i podchwytliwe zarazem, jak w Polsce. Na przykład czy w Japonii przy przewozie pasażerów liczy się trzy osoby dorosłe jak dwójkę dzieci? (odp. TAK). Mi udało się zdać za pierwszym razem, głównie dzięki Kubie, który to po oblaniu teorii kupił książki o japońskim ruchu drogowym.

Kolejny etap to odyseja praktyczna, z góry założona trasa po miasteczku pełnym wyimaginowanych rowerzystów. Jak nie wysilisz swojej wyobraźni, czeka Cię wiele chwil zwątpienia. Po pustych ulicach musisz jeździć jak po zatłoczonym mieście, pokazując smutnym panom w granatowych mundurach, że rozglądasz się, zapobiegasz wykorzystaniu wolnej przestrzeni obok auta przez szybkiego jak strzała rowerzystę, itp. Raz oblałem, bo czekałem na stopie mniej niż trzy sekundy. Drugi raz, bo brałem zakręty zbyt szeroko. Kuba oblał bo brał zakręty zbyt wąsko (haha, leżę na ziemi!) i nie rozglądał się wystarczająco dookoła (też dobre). Zdałem za trzecim razem, chyba tylko przez dobry humor egzaminatora.

Nie ma jazdy po mieście, nie ma parkowania ani podjeżdżania pod górkę. Niby proste. W sumie wydałem ponad 12000JPY na wszystkie podejścia i wydanie uprawnień. Pierwsze prawo jazdy jest ważne przez dwa lata od miesiąca po twoich kolejnych urodzinach (kto to wymyślił?!). Więc moje trzeba przedłużyć do 13.01.2010r. Mam nadzieję, że nie będę musiał tego robić...

Linki do fotograficznego opisu Kuby oraz słownego Andy'ego, także oficjalny bullshit od JAF'u i przykładowy egzamin teoretyczny, dla zdających w przyszłości. Ganbatte ne.

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Lato idzie

W Yokohamie ostro wieje co drugi dzień. Tu, nad morzem, widać doskonale jak lato goni zimę. Wczoraj znalazłem swój ręcznik na dachu soaplandu ulicę dalej.
Pozbierałem się po wizycie rodziny. Chyba już ostatnie fotki z tych trzech tygodni poniżej. Wiem, że chaotycznie.










piątek, 20 kwietnia 2007

Spływ Dunajcem

Przy okazji zwiedzania Kyoto latem warto wybrać się do Arashiyama. 40 Minut za miastem, w malowniczych okolicznościach przyrody, można sobie spłynąć łodzią wiosłową w dół rzeki Hozugawa.
Impreza nie jest wyjątkowo tania (>4000JP/os.) ale warto. 1,5 godzinna przygoda wzbogacona jest kilkoma niebezpiecznymi odcinkami. Tutejsi flisacy opowiadają na bieżąco niestworzone historie i legendy. W połowie jakiś facet robi nam pamiątkowe zdjęcie dwoma aparatami na raz. Potem do naszej łodzi przyczepia się druga, która jest mobilnym barem z grillem i chłodnym alkoholem. Na koniec lądujemy w raju dla zakochanych par, łagodnym odcinku z setką łódek niewinnie istniejących sobie na wodzie, przemieszanych z większymi jednostkami będącymi restauracjami do wynajęcia na godzinkę. Wypas!












środa, 18 kwietnia 2007

Powrót kosmicznych turystów

Boże, jak ja nienawidzę pożegnań!
Lotnisko to chyba najbardziej ambiwalentne miejsce w moim życiu.
Tu mieszają się ludzie, kolory, rasy, emocje. Łzy z uśmiechami.
Często tu właśnie zdaję sobie sprawę o istnieniu czasu.

A czas zapieprza jak turyści na bosaka przez rozgrzaną plażę. Pamiętamy tylko markery zaznaczone w naszych wspomnieniach, z krótką adnotacją, zdjęciem czy nagraniem dźwiękowym. Problem w tym, że nie my te markery stawiamy, coś za nas obsługuje ten interfejs, decyduje o głębokości umiejscowienia danego wspomnienia w naszej głowie. Przeprowadza ostrą selekcję, odfiltrowując nieistotne lub powtarzające się wydarzenia. Wpływ mamy na to mizerny.

Cóż, trzy tygodnie z rodziną dobiegły końca. Teraz pozostaje im jeszcze cały dzień podróży z wybitnie podobno nieurodziwymi fińskimi stewardesami i wylądują w swoim świecie.
Ja, tokijski łącznik, zostaję w moim świecie. Po tej stronie lustra, innej kompletnie, internetowej. I choć już od dawna nie mam o czym pisać, ta strona będzie nadal moim antidotum na Japonię, tablicą chwały i wstydu, narzędziem kontaktu z ludźmi i galerią tego co widzę.
Pozdrawiam.







poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Hakone, Odaiba i takie tam...











Już niedługo wrócę do normalnego trybu życia. Na razie ostatnie zwiedzanie, zakupy. W środę nieodzowne emocje i znów normalność...