czwartek, 30 listopada 2006

Będzie grudzień

Nowy tydzień, nowi ludzie, nowe rozrywki.
Ostatnio jak co roku, na każdym rogu można było kupić bożolenowo. Nie to żebym był jakimś fanem tego gatunku, ale zawsze to jakiś kontakt z cywilizacją. Znalazłem też dwa sklepy z Martini Bianco. W końcu! Cena taka sama jak w Europie nawet.










Ping pong w akademiku ma swój niebywały klimacik. Zwłaszcza jak się dostaje w dupę od jakiegoś Chińczyka do trzech...
Przyleciało trochę zapasów z Polski, np. suszone grzyby.
Na Święta będzie bigos :D

poniedziałek, 27 listopada 2006

Wczasy

Ile ja się nasłuchałem o onsenach. Jakie to one fajne i jakie odprężające, jakie japońskie. Wolę Polańczyk nad Soliną.
Onsen to ośrodek wypoczynkowy wybudowany na lub w pobliżu gorącego źródła. Pozwala cieszyć się gorącą kąpielą, czasem na świeżym powietrzu, nawet zimą.
Znaleźliśmy taki koedukacyjny, do którego wpuszczają cudzoziemców.
Pierwsze wrażenie, rzeczywiście wszystko jest japońskie. Dla fanów tutejszej architektury wnętrz, jedzenia i towarzystwa to raj. Ja fanem jestem umiarkowanym więc i tu potrafiłem znaleźć zady i walety. Po powitaniu gości herbatką zieloną i zakwaterowaniu w apartamentach. Dostaliśmy piżamki i 20 minut na obowiązkową kąpiel w łaźni. Następnie stawiliśmy się na obowiązkowej kolacji. Nasza osobista służąca, która widać było, żę wiele już w życiu widziała, podała niezwykle zróżnicowaną, ale obrzydliwą strawę oraz wyjątkowo mało zróżnicowane, osobiście najlepsze, piwo. Podczas godzinnej "uczty" jedliśmy różne dziwne rzeczy (od ryb z oczami po zupę z niedźwiedzia). Generalnie nic nie miało smaku. Dobrze, że było piwo. Pani w międzyczasie pouczała nasze japońskie osoby towarzyszące jak to trzeba pokazywać miłość mężczyźnie: całą i szybko!. :)
Po kolacji przyszedł czas na onsen właściwy. Okazało się jednak, że wspomniane źródła oddalone są o spory kawałek pod górę. 8 stopni ciepła, drewniane laczki strasznie obcierają podczas truchtu. Do tego Panie zostały wyposażone w ręczniki mające na celu zakryć to co powinno być zakryte. Panowie nie. Na kolacji pojadłem tyle, że po dynamicznym 10 minutowym spacerze znów czułem się głodny. Po dotarciu do celu (i obtarciu przestrzeni przypaluchowej) mogliśmy wreszcie zanurzyć swoje nagie ciała w 40 stopniowym, lekko podśmiardującym zgniłymi jajami basenie. Dzięki Bogu wziąłem kilka puszek wspomnianego niedawno "trochę luxusowego piwka". Jego spożywanie w wodzie jest oczywiście surowo zabronione (czego nie rozumiem), tak samo jak siusianie (też). Oczywiście ani jednego ani drugiego nikt nie przestrzega. Czujemy się więc jak w domu ;)
2 godziny w koedukacyjnej wodzie w zupełności wystarczy żeby poczuć się odprężonym. Powrót jest makabryczny. Poranek też. Śniadanie najpóźniej 8:30. Oczywiście jedzenie takie same jak na kolacji, bezsmakowe, bardzo zdrowe. Pani służąca nie wiedzieć czemu cały czas puszcza do mnie oko.
Dalej kawka i wymeldowanie do 10:00.
Cóż, inaczej to sobie wyobrażałem. Jakiś taki "mechaniczny" ten wypoczynek. Nawet go nie zauważyłem. Mam nadzieję, że to był jakiś kiepski ośrodek.
Onsen wyglądał tak w dzień:



A tak w nocy:


Po drodze zaliczyliśmy jeszcze tutejszą niagarę i duży parking przy autostradzie.










Autostradzie, właśnie. Bo jeździliśmy SAMOCHODEM!!! :D
Śmiejcie się lub nie, ale to jest to czego brakuje mi tu najbardziej. Przyjemności z prowadzenia.
Za stosunkowo małe pieniądze można wypożyczyć fajny samochodzik (priusa) i przejechać się tu i tam. Wystarczy międzynarodowe prawko i brak lęku przed jazdą lewą stroną. Samochód o dziwo nie kopał prądem i sprawił mi tyle przyjemności, że zaliczam ostatni weekend do bardzo udanych.







piątek, 24 listopada 2006

Momiji

Na weekend zostawiamy Was z lokalną kapelą. Sakuragicho by night!
A my jedziemy na wczasy. Przed nami drogi, góry, onseny i kto wie co jeszcze...
Wracamy niedługo!

środa, 22 listopada 2006

Do you Yebisu?

No to ja pisze. Pierwszy browar pojawił sie w Japonii około roku 1870 w Yokohamie - jakiś Jankes postanowił se napędzić. Szybko się tubylcy zorientowali że nieźle to wchodzi i zaczęli pędzić sami. Dziś to niezaprzeczalnie najpopularniejszy napój alkoholowy na tych wyspach.

Możemy wyróżnić cztery zdecydowanie przewodzące na rynku browary: Asahi, Kirin, Sapporo oraz Suntory. Przez długi czas Kirin, czyli "Żyrafa" byli numerem jeden; zmieniło się wraz z wprowadzeniem przez Asahi trunku "Super Dry", czyli "Super-Suchota" pod koniec lat dziewięćdziesiątych. "Suchota" zdobyła przebojem serca piwopijców i do tej pory pozostaje najpopularniejszym browarem, tak w knajpach jak i w detalu. Kirin goni na drugim miejscu; blisko za Żyrafą podąża Sapporo. Produkty z Hokkaido, czyli marki Sapporo, można rozpoznać po czarnej gwieździe na pojemnikach. Sapporo to również producent "troche luxusowego piwka": tak reklamowane jest Yebisu. Parę dni temu Sapporo wypuściło nowy gatunek: "Kohaku" czyli "Bursztyn" - na załączonym obrazku.

W datalu, czyli w supermarketach, sklepach alkoholowych, 24-godzinnych sklepach konwiniensowych oraz automatach ulicznych kosztuje około 200 yen za pojemnik 0.33l, około 300 yen za 0.5l (może być troche drożej w automatach). W barach i restauracjach, średnio od dwa razy tyle.

Poza piwem prawdziwym popularne jest tez happoshu. Happoshu to literalnie "alkohol bąbelkowy", niedawno (może 10 lat wstecznie) wprowadzony na lokalny rynek sukcesywnie przez wszystkie cztery wielkie piwokoncerny. "Happosiusiu" wygląda jak piwo, zawiera tyle samo procentowo alkoholu, ale wysmętnione jest z użyciem znacznie mniejszej ilości chmielu, żyta, czy jakich tam innych roślinek sie używa do produkcji piwa właściwego. Trunek ten jest w cenie około 60-70% ceny piwa prawdziwego; smak "happosiusiu" jest adekwatnie lżejszy od piwa i po otwarciu pojemnika szybko, exponencjalnie może wręcz, zbliża się do smaku "siusiu" - to tylko parabola, nie zweryfikowałem tej hipotezy empirycznie.

Ludzie w Japonii piją piwa sporo. Niesporadycznie widzę codzienną szarą szufę lub starszą babuchę zaopatrzającą się w zapas na weekend (na wieczór...?): spokojnie pakuje na bagażnik na rowerze lub motorynce 24-puszkowy kartonik lub dwa. Jeszcze pobawniejszy jest widok dziadka wracającego w pidżamie z łaźni publicznej na rowerku powoli; w koszyku zakupowym na przedzie ma taki puszeczkę, z której rychle zaciąga ze smakiem.

Nie ma tu obstrukcji w spożywaniu alkoholu w miejscach publicznych. Przeważnie nikt też tu po spożyciu nie unieprzyjemnia exystencji po próżnicy ni bliźnim ni dalszym napraszając się agresywnie. Piwko ma służyć przyjaznym zbliżeniom i przyjemnym wrażeniom. Ku takim zacnym acz cnotliwym celom, aspirujmy w spożyciu. Z dzikom rozkoszom!

--------
Dysklejmer: Autor tego wynurzenia, czyli ja, nie jest związany z żadnym establiszmentem piwowarskim, nie propaguje, nie wmusza na chama, nie zachęca nieletnich, nie potępia, ani nie odmawia spożywania wyzej niejednokrotnie wspomnianej cieczy.

wtorek, 21 listopada 2006

Wczoraj śpiewałeś, dziś nic nie mów.

Dobrze, że nie chodzimy na karaoke codziennie. W poranek po, moje gardło zwykle odwdzięcza się pieczeniem i bólem. Zwłaszcza jak się śpiewa Roxanne.
Poniedziałek był deszczowy. Cóż więc innego pozostaje niż chill-out w pobliskim lokalu. Yokohama jest upstrzona takimi dziwnymi miejscami, w których możesz zapomnieć, że jesteś w Japonii, napić się np. jamajskiego piwa, zjeść fish&chips i pogadać z ludźmi, którzy mimo swojego niepodważalnego japońskiego pochodzenia nie czują się Japończykami.







poniedziałek, 20 listopada 2006

Śpiewamy!


A potem leczymy własne lęki i ułomności oglądając to. Pokażemy też i Wam!
To lepsze niż rozmowa z psychologiem.

Izakaya w trzech aktach


czwartek, 16 listopada 2006

New hope

Na początku chciałem przeprosić za słabą jakość zdjęć - były robione czymś w rodzaju telefonu.

Zdjęcia o zróżnicowanej tematyce luźno powiązane ze sobą, ale moim zdaniem warte zobaczenia.

Zaczynamy od ciągu dalszego Day in Paradise - kilka ciekawych zwierzaków


A te kolejne to prawie jak z Egiptu...


I moje ulubione delfiny...


Już czuć zimę w powietrzu - temperatura opada - jak już wcześniej WiT pisał.

Poza miastem już dawno widać jesień.....

a w mieście nic się nie zmieniło - śniegu i kolorowych liści nie widać....


a na ulicy w Shinjuku spotkałem starego znajomego - musiałem zrobić z nim zdjęcie...


W wolnej chwili polecam posłuchać historii a propos powyższego zdjęcia.