czwartek, 27 lipca 2006

Wakacje

Doczekałem się w końcu. Pierwszy raz podróż bez konkretów. Bilet do TaiPei, plecak, aparat, trochę pieniędzy.
Moje losy wizualizuję na bieżąco na picasaweb.google.com/jacekwicinski.

Dla gmail'owców udostępniłem komentarze (do gmaila nie jest już wymagane zaproszenie).

wtorek, 25 lipca 2006

Hanabi '08

Latem co weekend w różnych częściach Tokio (jak i całej Japonii) odbywają się pokazy sztucznych ogni. Z początku sceptycznie nastawiony, zostałem olśniony wielkością, długością i intensywnością pokazu, na jaki mnie zabrano. Rakiety wystrzeliwane z wyspy na rzece. Półtorej godziny ciągłego ostrzału artyleryjskiego. W promieniu kilku kilometrów zapchane pociągi i stacje, setki tysięcy ludzi w ślimaczym tempie przemieszczające się na wyznaczone miejsca, w których można spocząć, otwrorzyć przyniesiony browar i oglądać.
Wyznaczone służby kierują ruchem przez ulice, w kolejce po jedzenie czy do kibla. Pełna organizacja, opanowanie. To też robi wrażenie.











Tak wyglądało moje pożegnanie z Japonią, niedługo nowe kraje, nowi ludzie. Tzw. wakacje! Na jak długo się żegnam? Nie wiem :)

czwartek, 20 lipca 2006

Weekly update

U przeciętnego gajdzina (zwłaszcza u baka-gajdzina) pożądanie objawia się najczęściej w pociągach, pod wieczór ;).
Kilka fotek z weekendu jeszcze:




poniedziałek, 17 lipca 2006

Plaża


Częściowo zaplanowana, niespodziewanie bezdeszczowa, kompletnie odjechana niedziela na plaży. Rozkładany zestaw do siatkówki zawierający w typowym pokrowcu na strzelbę: siatkę, słupki, linki, piłkę i nawet pompkę i młotek. Przenośny grill na piasku, banany, sztuczne ognie, wieczorna kąpiel w oceanie, doskonałe towarzystwo. Kilka godzin kompletnej beztroski i zapomnienia. Tego mi było trzeba.
Przez większość czasu pusta plaża w Katase została w tym roku porządnie zabudowana. Sklepy, knajpy, nawet scena. Syf został taki sam.












niedziela, 16 lipca 2006

Bezsenność

W ostatnim tygodniu nie wyróżniałem dni ani nocy. Wszystko zlało się w jedność. "Bezsenność w Tokio" spowodowana ekstremalnym stresem, przeziębieniem, upałem (32 stopnie/95% wilgotności). Na horyzoncie zmiany, wyjazdy, nowe miejsca, nowi ludzie. Z jednej strony chciałbym przespać zahibernowany następne 2 miesiące, wcisnąć FFW na moim pilocie (Click), z drugiej to będzie cholernie ciekawy czas.
Znajduję sobie więc jakieś zajęcia na chwile, rozpraszacze umysłu. Nadmiar myślenia zabija. Do tego wiem, że nie ważne ile różnych ścieżek losu przewidzę, rozplanuję - to i tak stanie się ta którą pominąłem. Filmy, spotkania ze znajomymi, praca. Gdyby nie praca wylądowałbym już dawno w psychiatryku.
W Japonii widzę zaskakująco dużo ludzi, którzy odpadli z pogoni. Żyją w swoim świecie na pograniczu schizofrenii i autyzmu. Snują się po swoich miastach z pustką w oczach, grymasem na twarzy. Są nieodzownym produktem ubocznym zmechanizowanego społeczeństwa robotów, smutnymi odpadami produkcji, sprzedawanymi w outletach z metką "2ga kategoria". Oczywiście mają tu dobre życie bo nikt nie wytyka ich palcem, nie prześladuje. Przyzwyczajeni do ignoranctwa przechodniów, sami ignorują. Glina, w harmonii z betonem.

Ale bez obaw, daleko mi jeszcze do takich skrajności. A może tak by było łatwiej?
Dziś plaża.

wtorek, 11 lipca 2006

Polish nepotism?

Jak widać Japończycy są na bieżąco z polską historią bliźniaczą. Pytają się tylko jak to możliwe że on mieszka z Matką?


poniedziałek, 10 lipca 2006

Bowlingu


Polsko-Japońsko-Australijsko-Kanadyjska Mieszana Amatorska Drużyna Bowlingowa (PJAKmadb) wczoraj zorganizowała pierwszy trening.

W zasadzie kręgle po japońsku niczym nie różnią się od tych po polsku. Rezerwacja przez komórkę, formularz z imionami uczestników, w połowie zautomatyzowana wypożyczalnia butów (problemy z dużymi rozmiarami), kula, piwo i gotowe.
Co pół godziny gasną światła, zapalany jest ultrafiolet i kiczowaty głos z głośników informuje: "Let's play a game!". Uczestnicy konkursów są nagradzani różnymi bzdetami.
Na koniec zabawy, przy kasie każdy dostaje wydruk ze swoimi wynikami, z rysunkami kręgli i toru kuli oraz 20 żetonów do wydania na automatach piętro wyżej (to tak żeby nawet u najbardziej ostrożnych klientów rozbudzić żyłkę hazardzisty...).





Ogólnie atmosfera bardzo przyjemna, bez zarzutów. Może zacznę chodzić tam częściej. Swoją drogą, przypomniała mi się integracja z grupą ćwiczeniową na pierwszym roku studiów, gdy nudne wykłady spędzaliśmy w Arco. :)
To były czasy...

A po kręglach zgłodniali uderzyliśmy na yakiniku - czyli MIĘCHO i BROWAR!




czwartek, 6 lipca 2006

Zabudowa jest ciasna

Dopiero po wejściu na dziewiąte piętro można zaznać przestrzeni, najładniejszej o zachodzie słońca.

Kannai, moje nowe miejsce pracy okazało się niesamowicie fajną lokalizacją. Za dnia mnóstwo kafejek, restauracji, piekarni. Wieczorem rzut beretem do Sakuragicho, gdzie spacer z browarkiem na boso po trawie multiplifikuje wspólczynnik czasowy regeneracji po całym dniu stresów.
Fotki z dachu biurowca w rejonie Bashamichi:



poniedziałek, 3 lipca 2006

Nuda

Cóż więcej...
Umarł premier Japonii, były.




Poza tym gorąco jak nigdy. Zapisałem się do wypożyczalni video. To jedyna możliwość, żeby na romantycznym filmie mieć jednocześnie napisy angielskie i japońskie ;)
Kasaburanka rządzi!

sobota, 1 lipca 2006

Los Amigos

Tak nazywa się najlepsza knajpa meksykańska w jakiej jadłem. Za 800 jenów dostajesz przepyszny zestaw obiadowy, ganialną domową atmosferę i możliwość zagadania czegoś po Hiszpańsku (nie to żebym umiał, ale zawsze coś...).
Tą swoistą meksykańską stołówkę, pośród japońskich "kluskarni" "szuszarni" i "ryżowni" każdy kto tu trafił docenia po smaku. Do wyboru 8 różnych zestawów z których wszystko jest pyszne! Buritos, quesadilas, zupy, kawa z kardamonem, niesamowite ciasta.
Cztery stoły na krzyż, sterty różnych przypadkowych ozdób na ścianach, przemiła, wielka meksykańska właścicielka (notabene rzygająca już japońską klientelą). Gdy tylko przychodzimy z ekipą z biura (kilkoro różnych gajdzinów) cieszy się, że będzie mogła z kimś porozmawiać, zamienić słowo o pogodzie chociaż... A nie jak to ona mówi "patrzeć tylko na te pozbawione wyrazu miny japońskich klonów". No cóż, tak sobie wybrała. Jej mąż, zakochany nie tylko w niej ale i w całej kulturze meksykańskiej, dwójka dzieci - a ona wciąż narzeka.



Miejsce na miano legendarnego Fux'a.
Do tego tak odmienne od tego co na zewnątrz, życia mijanego na ulicy i w pociągu...