niedziela, 18 czerwca 2006

DaVinci kodo

Kino japońskie niczym nie różni się od polskiego. Może poza drobnym szczegółem, po filmie światła są zapalane dopiero pod koniec napisów a nie zaraz na początku.
Poza tym bez niespodzianek. Perfekcyjnie dopracowany system rezerwacji przez internet, wygodne fotele, 30 minut reklam, miła obsługa. Norma.
Po projekcji wybraliśmy się do muzeum poświęconego filmowi, pod koniec którego można było zakupić gadżety. Wszystko, od książek zgłębiających temat przez hologramowe pocztówki pokazujące na przemian normalną i taką pokazującą "fuck'a" Monalisę, do ciasteczek z logo "DaVinci cookie".








Japońska dosłowność w translacji zabija: "It will just take one minit"...


Następnie, w związku z nałogowo padającym deszczem wykonaliśmy obchód po sklepach i kawiarniach "Roppongi Hills". Moją uwagę przykuł sklep z telewizorkami HannSpree. Genialny pomysł. Podobno jak kupujesz jeden (ok. 50,000Y) dostajesz kilka skórek do wykorzystania w różnych okolicznościach. Dzieciaki szaleją :)




A niedzielny wieczór spędziłem lokalnie, w podmiejskiej, ale jakże przez to spokojnieszej Machida, spacerując.



Swoją drogą to ostrzeżenie przed zarzucaniem spiningu pod drutami wysokiego napięcia daje do myślenia :)

5 komentarzy:

natiwa pisze...

a na czym byliscie? mam nadzieje, ze nie na Kodzie DV, bo to nuuudy potworne ;) czy Japonczycy tez chodza do kina glownie po to by jesc? w szoku bylam, jak zobaczylam ile jedzenia biora ze soba na sale Tajwanczycy

futomaki pisze...

Ciekawe ile osób próbowało tam łowić przed pojawieniem się tej tablicy ;)

Daikon_or_Kimchi pisze...

Jesli ktos ma status "Alien" + legitymacje studencka moze w tym kinie kupic bilet za tysiaka. Polecam.

marcin pisze...

a wycieczki szkolne rowniez goszcza w kinach ?

WiT pisze...

Przynajmniej jeden zarzucił spinningiem, było to z pewnościa jedno z najbardziej efektownych spinningów w historii wędkarstwa.