środa, 31 maja 2006

Pierwsze otworki

Robienie zdjęć aparatem otworkowym jest jak oprowadzanie drugiej osoby po twoim własnym świecie. Chodzisz z kartonowym pudełkiem, pstrykasz nim fotki na ślepo. Tak naprawdę nie wiesz jaki łapiesz kadr, co będzie widać, a czego nie.
I dopiero gdy wywołasz zdjęcia, ukazuje się to, co twoje pudełko widziało, twoje pomysły - jego oczami.







poniedziałek, 29 maja 2006

Canada Dry

Przyjechali goście, podobno zainspirowani blogiem, chcą zobaczyć jak to tu naprawdę wygląda.
Spotkaliśmy się na Odaibie, wyspie kwiatków i miłości :).
Jak przystało na dobrego gospodarza rozdysponowałem im dzień tak, żeby mieli z tego jak najwięcej, sam przy tym też bawiąc się przednie.
Niestety trochę ostatnio choruję, więc rozmowa ze mną wymagała odrobiny skupienia.

Pierwszy punkt programu to zarezerwowana wcześniej jazda testowa po torze Toyoty na Odaibie. Nasz wesoły autobus ostro wchodził w zakręty i szybko się rozpędzał (czym wprawiał w panikę obsługę toru). Przekraczaliśmy wszystkie możliwe ograniczenia (prędkości, odstępów od pojazdów poprzedzających itp.).
Żyjemy...



...pewnie tylko dlatego, że przed jazdą, kierowca (Tomek) odbył wyczerpujące szkolenie w dwóch językach, na temat bezpieczeństwa na torze a w czasie jazdy o hamulcu ręcznym, który tak naprawdę jest nożny.


Następnie standardowe koło widokowe, tutejsza statua wolności, spacerek...




"Masz pitbula, który wygląda jak jamnik, Gibasz się jak pi****lony rezus" - prawdziwe japońskie chłopaki nie płaczą ;)





Przypadkowo natrafiliśmy też na pokazy driftów w wykonaniu japońskich kierowców w brykach rodem z NeedForSpeed.



Przejechaliśmy się też kolejką bez kierowcy (ale za to podwójnie drogą)



a dzień zakończyliśmy degustacją rozmaitych potraw i trunków niezłej izakayi w Kabukichio i nocną eksploracją ulic Tokio, które właśnie tak bardzo lubię nocą.


sobota, 27 maja 2006

10 miesięcy tokijskiego łącznika :)

Dziś mija dokładnie 10 miesięcy odkąd wylądowałem na tej ziemi, wyspie. Od tego czasu, tak jak przewidywałem moje życie bardzo się zmieniło. Kiedy leciałem, obudziłem się nad Chinami. Monitory pokazywały na mapie Pekin. Wtedy przypomniałem sobie słowa Kfaza, "K**wa! co ja robię, gdzie ja jestem!?". Potem jeszcze przez kilka miesięcy chodząc po ulicach, patrząc, robiąc zdjęcia sam sobie zadawałem pytanie: "Ja pierdykam, gdzie ja jestem?" Nie mogłem w to uwierzyć.

Ogromnym wsparciem okazały się dwie rzeczy: aparat w połączeniu z blogiem i skype. Nie było lekko czasem. Te pierwsze sprawiały, że w chwilach całkowitego zwątpienia mogłem się czymś zająć, to drugie skracało cholernie długi dystans 9000km. Skraca nadal.
Żeby nie pisać, że nic nie robiłem, tylko tęskniłem: spotkałem tu mnóstwo ludzi, z różnych krajów, kultur. Wielu z nich mogę nazwać przyjaciółmi. To oni bawili się ze mną w chwilach dobrych i pomagali w złych. Są tu nadal i cieszę się z tego powodu.
Nie myślałem, że będę tu tak długo. Z resztą co ja mogłem myśleć. To była kompletnie nieprzewidywalna sytuacja. Jedno postanowienie miałem: przyjechałem tu żeby wydorośleć. Myślę, że jestem na dobrej drodze ku temu.
Jeśli chodzi o bloga, którego właśnie czytacie, to chciałem napisać dwie rzeczy: pierwsza to podziękowania za tyle czasu spędzonych z tą stroną, ze mną, za miłe słowa i konstruktywną krytykę. Druga to podziękowania za współpracę z Kojnem, Jolą, Markiem i Mateuszem, którzy przy okazji bycia ze mną tu, byli ze mną również na blogu, opisując tutejszy świat ze swojego punktu widzenia.
Nie jest to bynajmniej żadne pożegnanie, tylko podsumowanie pewnego okresu. Chociaż już coraz mniej mnie tu dziwi, zaskakuje. Chociaż walczę mocno z codzienną rutyną, wdzierającą się coraz głębiej w moje życie - są cały czas rzeczy które warto opisać, pokazać i ocenić. Subiektywnie jak zawsze.

piątek, 26 maja 2006

Dzień Matki

Wszystkiego najlepszego Mamo!

Chusteczkowa zagadka

Kiedyś zastanawiałem się dlaczego są takie dni (pory dnia), że co druga gospodyni domowa jest widywana w na ulicy z wielkim 5-cio pakiem husteczek higienicznych. Zagadka została rozwiązana już jakiś czas temu ale w związku z przeziebieniem, z którym walczę właśnie za pomocą chusteczek, teraz mi się o tym przypomniało.
Rozwiązaniem zagadki jest ciekawy system promocyjny w okolicznych sklepach (nie wiem czy we wszystkich), tzw. SAM'ach :)
Dzięki temu, że w większości z nich ceny pod każdym produktem są pokazywane na malutkich wyświetlaczach ciekłokrystalicznych, można przeprowadzić promocje wielu artyułów np. w mało uczęszczanych porach (poniedziałek wieczorem). I o ile wszystkie produkty przeceniane są o trochę to właśnie chusteczki (słowo klucz) przeceniane są o połowę.
Ciekawe tylko do czego te chusteczki są używane, bo przecież w Japonii smarkanie publiczne świadczy o złym wychowaniu (notorycznie zamiast tego się "wciąga"), bleh.

A poza tym kilka fotek zagubionych z nocnych wojaży:



czwartek, 25 maja 2006

Temat rzeka - jedzenie

Piliście kiedyś kawę z jogurtem?
Nie polecam.
A zalaliścię woreczek herbaty kawą z automatu?
Nawet jak wrzuciłem cytrynę to dało się wypić.

Wstyd, że moja znajomość katakany nadal nie wyklucza tak karygodnych błędów.
Wyklucza natomiast chodzenie samemu po prawdziwie japońskich restauracjach, gdzie nikt - ani obsługa lokalu ani człowiek, który układał menu, nie znają angielskiego.

Dziś zastanawiałem się przy obiedzie czy ja właściwie lubię japońską kuchnię. I tak, wymieniając podstawowe tradycyjne dania:

Sushi - uwielbiam wybrane potrawy, nadal boje się spróbować niektórych
Sashimi - średnio (najbardziej z sashimi lubię rzodkiew spod spodu) - brakuje mi tu ryżu ;)
Basashi - obrzydliwa (surowa konina), smakuje jak sashimi ale jest cholernie żylasta.
Tempura - (rybki i krewetki z głebokiego oleju) nie najlepsze, brakuje tu zawsze smaku.
Natto - (fermentowane ziarno soi, kontrowersyjna potrawa) nie jadłem (aż dziw bierze, prawda?)
Umeboshi - coś niezwykle nieznośnego dla mojego podniebienia (marynowana śliwka o kwaśno-słonym smaku)
Rostkatsu, Tonkatsu czy Hirekatsu - to takie namiastki kotletów schabowych czy z kurczaka - niezłe (podają do nich taki sos pyszny - nawet ostatnio podejrzałem - nazywa się PitBull)
Ramen - lubię na kacu (to taki chiński rosół), zwłaszcza cebulowy.
Okonomiyaki - bardzo średnio (taka jajecznica w formie placków, z sosem sojowym), właściwie tylko w małych ilościach jako zakąska do nihonsiu.
Gyoza - chińskie pierogi - pyszne tylko w jednym miejscu, w Tsukubie.
Hamburger - tak tak, to typowa japońska potrawa lunchowa :D - nawet ciekawie podawana na ryżu, albo prosto z patelni - nie gardzę.

Cóż więcej - masa zakąsek serwowanych w izakai (izakaya - speluna, miejsce gdzie się pije (zaka-sake)) - niektóre dobre, inne nie.

Z moich chaotycznych przemyśleń wynika więc, ze średnio ta kuchnia mi posmakowała. Ale przyzwyczaiłem się, znalazłem substytuty na wiele polskich dań. Na wiele innych jednak nie...

Na fotce powyżej świetne sushi owijane w ogóreczka - zamiast wodorostów.

ps. Ostatnio kupiłem ogórki małosolne (no prawie...). Jakież było zdziwienie wokół gdy usiłowałem je zjeść normalnie z kanapką. Okazało się, że Japończycy brzydzą się tym połączeniem - uważając takiego ogórka za zjadliwego wyłącznie z ryżem.

ps2. Raz znajoma z biura zapytała czy my, chrześcijanie, jemy mięso bo wierzymy w Chrystusa więc chyba nie powinniśmy jeść mięsa, co? :D

ps3. znalazłem FOTOLAB - fotki z papierowego aparatu będą 30 maja :)

wtorek, 23 maja 2006

Rzeczpospolita blogowa

Rany! Co za zaszczyt. To prawie jak gra w reprezentacji narodowej...
I to jeszcze w jakim towarzystwie (Jedynej i Barta) hihi.

ps. dzieki dla Ashki za fotki!

No shit...!?

Dziś wybrałem się ze znajomym z biura na obiad do knajpy indyjskiej. Właściwie to szefową była stara Japonka, zatrudniała tylko hinduskiego/pakistańskiego (właściwe skreślić) kucharza. Wychudzony, ubrany w fartuch, ze smutnym ale optymistycznym uśmiechem. Zadziwiła mnie pasja z jaką przygotowywał dania, wpatrzony w gary i patelnie. W tle, za nim ogromne słoiki malutkimi ilościami dziwnych przypraw na dnie. Ogólnie klimacik co najmniej ciekawy.
Do tego jedzenie przepyszne. Powiedziałem mu na koniec, że to jedno z najlepszych curry jakie w życiu jadłem. "No shit...!?" - odpowiedział szczerze zdziwiony.

Poza tym widziałem ostatnio batmobil i pojazd człowieka klauna zaparkowane obok siebie, piękną tęcze (w związku z popieprzoną pogodą jaką mamy codziennie) i faceta z saksofonem ćwiczącego w parku, w porze obiadowej (który powiedział, że ćwiczy żeby zgłodnieć. Jak nie zgłodnieje, żona nie wpuści go do domu).




W najbliższy weekend przylatuje Brylu ze szwagrem, z Kanady i (jeszcze nie-)znajoma Japonka z Ameryki. Mamy też przewidzianą jazdę testową wielką kolubryną po torze Toyoty na Odaibie.
Zapowiada się nieźle... ;>

poniedziałek, 22 maja 2006

Typowy majowy weekend


Już kiedyś Kojn docenił to, że weekendy spędzał w Japonii bardzo poprawnie. Poprawnie to znaczy na wypoczynku. Tak jest też ze mną. Przez kilka miesięcy w Tokio nauczyłem się wypoczywać. Wcześniej często miałem z tym problemy. Intensywna praca w tygodniu narzuca potrzebę regeneracji w sobotę i niedzielę. Czas tu liczę właśnie jednostkami weekendowymi, nie dziennymi.
I tak, beztroskie spacery po wiosennym mieście z duużym obiektywem owocują poniższymi fotkami: