sobota, 4 marca 2006

"Say Hello" in Tokyo

No i jestem...Po 12,5 godzinach lotu wreszcie dotarłem do Tokyo. Tu jest na prawde inaczej, ale nie wiem dlaczego czuje sie tutaj dobrze i prawie jak u siebie. To w 99,9 % zasługa chłopaków - WiTa i Kojna. Małe stresy mam już za sobą - musiałem samemu dojechać do Shibuy`i z lotniska - i oczywiście pomyliłem stacje... Na szczęście japończycy to bardzo miły naród. Nie chcą mówić po angielsku ale przejmują się obcymi i starają się pomóc. Jeden z nich po prostu zaprowadził mnie w miejsce spotkania, czyli do pieska Hachiko. Okazało się, że to centrum Shibuy`i a ich nowe biuro jest o kilka kroków od wspomnianego pieska. Chłopaki mieli taką zadyme w pracy, że musiałem im pomóc - nie miałem serca zostawić ich na pastwe 45 rozzłoszczonych japończyków czekających na swoje komputerki z przeinstalowanym japońskim windowsem. Ile mogłem to pomogłem. Gdy już troche się ogarneliśmy z pracą przyszedł czas na zwiedzanie. Dziś jesteśmy w Kyoto - ale o tym napisze później. Przyglądałem sie chłopakom- są jacyś dziwni, inni, odmienieni? Sam nie wiem.... Kojn jest już w połowie w Polsce, co idealnie widać na zdjęciu poniżej...

Natomiast WiT tak jest zapracowany, że nie ma czasu aby gdzieś przyjść. Musi więc korzystać z miejskich teleporterów - na szczęście w Japonii teleportery działają bardzo dobrze :)

Cóż....moja przygoda w Matrixie trwa nadal....

2 komentarze:

Daburo pisze...

Farciarzu, jestes kolejny na mojej liscie komu zazdroszcze w JP hehe:P
Chociaz ja w Niemczech nie mam na co narzekac.
Swoj pryzjazd do JP planuje na sierpien,ale to jeszcze nic pewnego.

M. pisze...

Kolejny w kraju wschodzacego sushi ;).
ktorys moglby zrobic zdjecie tych 45 Japonczykow, ich miny pewnie idealnie ukazywaly ich desperacje i zachwyt nad Waszymi umiejetnosciami, tak przynajmniej powinno byc ;)