wtorek, 7 marca 2006

Kyoto


W sobotę o 6:30 rano, razem ze słońcem zaczęliśmy oglądać Kyoto. Obejście 5 świątyń najbliżej dworca zajęło nam ponad 4 godziny. Niby każda taka sama... były dwa wyjątki. Pierwsza: Nishi-Hoganji, w której o 7:00 odbywały się modły, powaliła nas swoją monumentalną atmosferą. Druga: Sanjusangendo, poraziła kolekcją statuetek tysiącrękiej buddyjskiej bogini miłosierdzia, Kannon.






Miasto spokojne, wręcz prowincjonalne. Często porównywane do polskiego Krakowa. Centrum nie przytłacza neonami i ruchem ulicznym. Wszystko stonowane. Czuć właśnie, że coś tu kiedyś było ale zostało przeniesione.


Następnie spotkaliśmy się z Heleną (którą czytelnicy-weterani spotkali już przy okazji mojej sesji dla projektanta Kei'a mori). O dziwo przestała już pejoratywnie wypowiadać się o Kyoto. Chyba pogodziła się z losem i skupia cały czas na nauce a nie balowaniu :)


W dzielnicy gejsz nie byliśmy. Ale widzieliśmy podobno ekwiwalent w postaci podobnych domków i uliczek blisko stacji. I tak w dzień gejsze śpią więc dłuższa wyprawa piesza do ich dzielnicy nie miała z naszego punktu widzenia większego sensu.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Jak sie troche ociepli to i "gejsze" wyjda na ulice. Po prostu biura podrozy wynajmuja studentki
na bajto w charakterze gejsz ewentualnie mayko. Nie trzeba odwiedzic Gionu zeby zrobic zdjecie bo i tak
nikt nie pozna czy na zdjeciu jest gejsza czy "gejsza". Te prawdziwe zreszta nie spaceruja po ulicy!
A dla falszywych za zimno.

daro pisze...

Wit, jacieżpierdole foty po prostu mistrz. Nie żartuje.
Co jest śmieszne, to oglądając niektóre zdjęcia z odległych zakątków świata, cześciej przyrównam to do jakiejś gry - fota z samochodem - zupełnie jak Hitman I - pierwsza misja.