środa, 29 marca 2006

Dwie trzecie

W niedzielę minęło mi 8 miesięcy na obczyźnie. Planowo zostały 4. Warunki cały czas się zmieniają. Nie ma nic stałego. Nie planuję, nie myślę o przyszłości. Jestem tu jak wystrzelony w kosmos, napawam się próżnią.

Nowe biuro, na wysoki połysk.

Sakury kwitną, lampki przygotowane a tu zimno i deszcz popaduje...


Popularna kreskówka ostatnio. Gdybym oglądał to pewnie bym się zachwycał. BTW: mam dwa kroki do całkiem dużego sklepu ANIMATE, i niedaleko do dwupiętrowego sklepiku z bongosami. Muszę się wybrać tam z aparatem.

Shinsei ginko po raz któryś...

Ginko to po japońsku bank.
Kolejne przygody z moim samoblokującym się kontem. Tym razem nie listonosz ale
"hasło zablokowało mi konto (sic!)". :>
Standardowy telefon na infolinie, 150 przycisków do wciśnięcia: po angielsku,
jestem klientem, numer klienta, numer pin, sprawy administracyjne, kontakt z
konsultantem. Następnie chwila dla Chopina i zagaduje mnie miła pani.
Spytałem się, o co chodzi? Drugi raz mi zablokowaliście konto. Co miesiąc tak
będziecie robić? Znów listonosz?
A ona na to że zresetowała mi hasło właśnie i mam sie zalogować podając w jego
miejsce swoją datę urodzenia.

- Ok, dziękuję. Ale co było przyczyną blokady, dowiem się?
- Eeee, aaaa... hasło było za długie chyba.
- Za długie ???!!! (cudem nie spadłem z krzesła) Przecież mam tu podane na stronie
ograniczenia hasła, poza tym używałem go przez kilka miesięcy? Urosło?
- No to coś było nie tak z hasłem proszę pana.
- Ale co? Nie mogłem wypłacić pieniędzy (wpłaty oczywiście działały ;)), klub
sportowy nie mógł sobie odciągnąć za comiesięczny basen. Co było nie tak z hasłem?
- Zresetowałam panu hasło (kobieta się właśnie zapętliła - co się często zdarza w
takich przypadkach), był problem z hasłem. ;)

No nic, pomyślałem. Często bywam po drugiej stronie barykady, gdy na jakiś problem
pomaga tylko reset serwisu czy też całego serwera, więc nie męczyłem dalej pani.
Gdybym miał w tym banku miliony to już dwa razy bym padł na zawał.

Ciekawe czy w innych japońskich bankach jest podobna amatorka?

wtorek, 28 marca 2006

Mistrzowie w zdobywaniu parasola gdy potrzebny

Dziś wybraliśmy się z moim kompanem, Łukaszem, na zdobywający właśnie status tradycji, wieczorny spacer z browarkiem po Shibuyi. W planach było dołączenie się do jakiejś grupy salarymanow uprawiających hanami w parku yoyogi (czyt. tankujących sake pod kwitnącymi wiśniami w towarzystwie kolegów z pracy).

Niestety zaskoczył nas deszcz, ich chyba też. Rzęsisty bym powiedział nawet. Po zakupie pierwszej puszeczki Enjuku (wiem to nie piwo tylko haposiu - ale ma 6% i kosztuje tylko 152 jeny) rozlokowaliśmy się w pierwszej lepszej bramie, z widokiem na ruchliwy deptak. Gadu gadu, a tu pada coraz bardziej. Hmm. Poczekamy. Mija 10 minut, opad coraz większy. Puszka się kończy, trzeba kupić następną.
I nagle Łukasz odwraca głowę w lewą stronę i mówi: patrz! parasol wisi. Następnie robi dwa kroki w jego kierunku, bu spostrzec, że na półpiętrze wiszą dwa kolejne. Jak już wcześniej wspominałem parasole wiszące samopas na cudzej poręczy są częstym łupem Japończyków, więc tym bardziej my mogliśmy sobie pozwolić na przywłaszczenie.
Potem był plan żeby je oddać pod koniec wieczoru, po pierwsze jednak nie wiadomo było dokładnie gdzie to było, po drugie ja swój mały wymieniłem po drodze w salonie gier na większy ;P

Później, gdy już wysiadłem na domowej stacji i już nie padało, zostawiłem dobrodusznie, pozyskany parasol na poręczy. Może ktoś skorzysta w potrzebie, jestem tego nawet pewny...

niedziela, 26 marca 2006

Pierwsze sakury


Wiśnie zaczęły kwitnąć. Zaskoczyła mnie informacja, że z tych drzew nie ma owoców, takich jak np. w Polsce. Nikt tu nie robi latem kompotu zatem ;P. Te drzewa po prostu ładnie wyglądają i pachną. To tzw. gatunki ozdobne.
Pierwsi amatorzy Hanami (ceremonii oglądania kwiatów i konsumpcji sake) wylegli do parków i na trawniki. W piątek jest oficjalny dzień, kiedy to salarymani wylegają w tym samym celu z biura i... zobaczymy co będzie ;)





Enoshima Aquarium


Okolice oceanarium w Enoshimie to najlepsze wiosenne tereny rekreacyjne w mojej okolicy. Tu w końcu Japończycy zachowują się jak inni ludzie. Spacerują, leżą, siedzą, łowią ryby, jedzą lody. UŚMIECHAJĄ SIĘ nawet! Cieszą się z tego co wyprawiają ich pociechy. Natura bije od nich na odległość. Ja też po raz pierwszy od długiego czasu poddałem się relaksowi. I było mi dobrze!

To nie ja...














Panowie z powyższymi lufami polowali na poniższe widoki. Nie zniósłbym siedzenia cały dzień na stołku tylko po to żeby zrobić zdjęcie ptakowi. Niezrozumiałe dla mnie to jest.

A, i wszystkie fotki w ten weekend robiłem przy pomocy obiektywu 55-300 pożyczonego od Łukasza. Jest super. Niestety tylko wzmaga mój apetyt na jakieś naprawdę profesjonalne szkła ;)

Orion


Tak nazywa się okinawskie piwo, które to mieliśmy okazję z Ashką i Łukaszem konsumować w piątek w Shibuyi. Spontaniczny wypad na wieczorny spacer po mieście pełnym czekających albo spóźnionych ludzi.
Piwko leciutkie, ale dobre. Poza tym to prezent, który Łukasz dostał od Przyjaciela. Piszę z dużej litery bo nie ma nic lepszego niż taki prezent pod koniec miesiąca, gdy budżet napięty do granic możliwości zaczyna skrzypieć jak łódź podwodna w głębinach ;)





Na zdjęciach również budynek telewizji NHK, który nie jest parkiem (jak to pan policjant próbował nam wmowić patrząc na mapę) oraz hotelik Strawberry Inn z pokojami na godziny ;) Shibuya bardzo szybko z krzykliwego centrum zamienia się w spokojną dzielnicę ciekawych uliczek, wystarczy odejść kilka kroków.

piątek, 24 marca 2006

Yokohama by day

Zawsze chciałem zobaczyć ten największy i chyba najstarszy japoński port. Pierwszy raz widziałem go w filmie "Ostatni Samuraj". Ale samą nazwę znam nie od dziś - w mojej Hondzie mam oponki Yokohamy - najlepsze na lato :) Ponieważ to raptem 40 minut od naszego mieszkania postanowiłem się tam wybrać. Moją podróż zacząłem od dzielnicy Motomachi, przez którą przechodzi największa handlowa ulica.

Ulica jak ulica...ale przywitał mnie Bank, a wokół niego Dolce&Gabbana, Versace, Zara- różne sklepy oznaczone nazwami krajów - były angielskie, hiszpańskie, włoskie. Szukałem polskiego....nie znalazłem. Jak się później dowiedziałem, to pozostałości po historycznej części portu. Tutaj kiedyś swoje "oddziały" miało większość europejskich sklepów i to było okno na Japonie dla Europy, i chyba nie koniecznie na odwrót.

Sklepy były na tyle "wypasione", że w każdym z nich był strażnik. W Polsce normalne, że jest ochrona - ale w kraju Kwitnącej Wiśni się nie kradnie, dlatego tak mnie zdziwiła ta ochrona. Miły Pan pilnował, czy aby jakaś desperatka nie zaatakowała sklepu Louis Vuitton i nie wybiegła z torebką za 200 tyś Jenów. Część sklepów była bardzo oryginalna :)

Promocje oraz wystawy sprawiały, że młode dziewczyny nie mogąc odwrócić oczu od witryn sklepowych co chwile na mnie wpadały. I to wcale nie dlatego, że szedłem prawą stroną. Co ciekawe w Yokohamie ludzie chodzą normalnie - czyli prawą stroną chodnika.

Ale, ale przyjechałem zobaczyć port a nie sklepy. Więc jako pierwszy punkt wybrałem największą na świecie Latarnie Morską - Marine Tower. Musiałem przejść przez całą dzielnicę sklepową, skręcić w prawo i jestem.

Wieża robi wrażenie. Wiało wtedy strasznie. Bilet na góre kosztował 700 Jenów. Wjazd specjalną windą podświetlaną w nocy. Na górze czuć było jak się wieża przechyla pod naporem wiatru. Sporo młodzieży tam było, która okrzykami raz przerażenia a raz zachwytu reagowała na wygibasy wieży. Ja tam zaaferowany widokami za oknem nie reagowałem na wahania :) Do momentu jak nie mogłem zrobić ostrego zdjęcia... Doczytałem, że ta wieża ma unikalny system stabilizacji. W pionowych rurach jest woda, która przelewa się w zależności skąd wieje, dzięki temu konstrukcja lepiej znosi podmuchy oraz trzęsienia ziemi. A za oknem był widok 360 stopni na port oraz samo miasto.


Prawie przez godzine obserwowałem jak Kapitan tego tankowca manewruje po porcie a potem z niego wypływa. Ten statek to kolos.

Jak to japończycy - długo i intensywnie myśleli jaki symbol dać portowi. I chyba ktoś wymyślił niecodzienny pomnik....

Wypis z księgi Guinessa potwierdza wyjątkowość tej Latarni Morskiej.

Zjazd windą w dół co ciekawe nie prowadził na parter. Okazało się, żę wysiadamy na 2 piętrze i na dół idziemy schodami. Ale nie tak po prostu - był mały labirynt, który gdzieś prowadził. Miły, przysypiający pan spytał się mnie o bilet -aż się zdziwiłem, bo nie zauważyłem dodatkowego kuponu. Po oderwaniu kontrolki poszedłem dalej. Wjazd na góre sprzedawany jest w zestawie obowiązkowym z wejściówką do muzeum. Jest tam wystawiana kolekcja ponad 3000 sztuk elektrycznych zabawek wyprodukowanych w latach 1890-1960. Te cudeńka zostały uzbierane przez pana Teruhisa Kitahara. Niestety było zabronione robienie zdjęć...

A oto jedno cudeńko z bliska...

Co ciekawe - te wszystkie zabawki działają !!! Jest podział tematyczny zabawek np. Wedding, Factory, Fantasy itp i zgodnie z rozkładem minutowym, który wisi na ścianie - uruchamiana jest co chwila jedna z sekcji. Każda figurka się rusza, gra muzyczka - na prawde coś fajnego i zarazem niezwykłego. Nie udało mi się wszyskiego sfotografować, bo tam jest zakaz robienia zdjęć ;)

W planach miałem jeszcze Chinatown - jedno z największych w Japonii, ze wspaniałymi świątyniami, sklepami oraz restauracjami. Niestety mi się nie udało. Byłem w szoku bo w tej wieży spędziłem kilka godzin a nawet nie wiem kiedy. Później zaczął padać deszcz.... i zimno się zrobiło.
Japonia płakała, że już za pare dni ją opuszcze........

Dwa orzeszki

Takich śmiesznych ziomków spotkałem. Jeden kimał na tylnej kanapie, drugi bacznie obserwował drogę. Dobrze, że nie odwrotnie ;)

środa, 22 marca 2006

Nominication

Nomi=pić, nication (jak w communication). To nowy dla mnie termin w jezyku japońskim. Jakże jednak doskonały! :)
Znam już kilku mistrzów w tej dziedzinie, typowej japońskiej "towarzyskości" w biznesie...

EPIC.jp


Niedawno japoński Newsweek poświęcił większość swojego numeru na dywagacje na temat: "Czy blogi zastąpią papierowe gazety?". Niestety nie opisywano sytuacji krajowych mediów tylko skupiono się na blogowej rewolucji w USA. Mówię rewolucji, bo przytoczono fragmenty fabuły nie nowej już wizji EPIC 2014. Autorzy są pewni, iż rewolucja ta się powoli spełnia. Ale wg. mnie nie tu. W Japonii spełni się kiedy w stansach ludzie będą obchodzić jej 50 rocznicę :)
Podkreślany jest fakt, iż gazety mają coraz starszy target a blogi, jak inne elektroniczne dobra 21 wieku, znane są tylko tzw. pokoleniu milenijnemu (ur. ok 1980r.).
Jak wiadomo japońskie społeczeństwo starzeje się, i to widać na każdym kroku. Główny prekursor blogowania w Japonii, szef firmy Livedoor został jakiś czas temu aresztowany przez policję. Trochę zakręcił swoim interesem w niewłaściwą stronę...
Ciekawostką jest też fakt, iż w USA blogerzy zostali akredytownai jako dziennikarze w Bialym Domu. Ale wielu z nich szybko zrezygnowało, kiedy przekonali sie jak to jest nudne, mówiąc, że lepiej jest posłuchac radia. W Japonii by coś takiego nie przeszło. Przynajmniej nie teraz. Gdyby jednak już japoński blogger został akredytowany do parlamentu, nie wypadałoby mu wyjść :) Siedziałby, spał - ale nie wyszedł.
Cóż. To takie moje wizje. Trochę ironiczne ale mam teraz taki nastrój i widzę coraz więcej niedorzeczności w tutejszej mentalności, którą to kiedyś akceptowałem bez pytania.
Japońskie blogi natomiast znam z serwisu GREE, na którym to moi znajomi tworzą dzielnie zaczątki społeczności internetowych, oczywiście na swój własny, japoński sposób ;). Powodzenia!

ps. Dzieki dla Łukasza za pomoc.