sobota, 14 stycznia 2006

Gyoza po Chińsku

Odrobina komunizmu?
Można ją poczuć w chińskiej restauracji koło akademika w podtokijskiej Tsukubie.
Wchodzisz by zjeść najlepsze pierogi w okolicy. Zgodzić się musisz jednak na pewne zasady:
Knajpa to właściciel w kuchni (Chińczyk) i kelnerka (Japonka). Na środku stoi stół z garem ryżu, miseczkami i kontenerem z zieloną herbatą.
Dostajesz stolik i herbatę; zamawiasz. Menu oczywiście tylko po Japońsku, nawet ceny są w kanji. Powiedzmy: gyoza (tradycyjne chińskie pierogi z mięsem) w zestawie z ryżem, sosem do ryżu, surówką i zupką oraz piwo.
Pani przynosi piwo, surówkę i miseczkę sosu; informuje co do czego (piwo można nalać do szklanki, surówkę o dziwo zjeść a sos nalać do ryżu, który można będzie sobie nałożyć - ale nie teraz). Właściciel patrzy na ciebie z dystansu posępnym wzrokiem, przygotowuje zamówione pierogi.
Mija chwila.
I zaczyna się najlepsze: chwilę przed podaniem głównego dania dostajesz sygnał, że wolno ci nałożyć sobie ryż. Teraz trzeba dobrze przemyśleć ile nałożyć, bo nie można zrobić tego drugi raz a trzeba zjeść wszystko. Naprawdę, gdy nie zjesz czegokolwiek z tego co masz na talerzu właściciel jest zły, krzyczy i może cie wyrzucić z knajpy/więcej nie wpuścić.
Do tego, jeśli podczas jedzenia nie wlejesz sobie całego sosu (taki glutowaty, zielony z sezamem) do ryżu, to nie dostaniesz zupy. To jest twardy warunek.
Wszystko musi być tak jak to sobie wymyślił właściciel. Wszelka dowolność kończy się w momencie zamówienia.
Koleżanka chciała sashimi (jedyne danie bezmięsne w menu), którego akurat nie było na stanie. Właściciel powiedział z dezaprobatą "Go back!" gdy nie chciała nic innego (jest wegetarianką). Facet podobno jak się wkurzy to krzyczy też na kelnerki...

Mimo wszystko knajpa cieszy się dużą popularnością. Pewnie dlatego, że ma wokół siebie tą legendę, której nie ma gdzie indziej.

To jest dopiero orient, ale też może klucz do sukcesu?

6 komentarzy:

darodaro pisze...

u nas też jest / była knajpa w której główną idea było obrażanie kelnera i przez kelnera. Co kto lubi, zresztą odrobina orginalności jest teraz tak poszukiwana...

LiA pisze...

A smaczne bylo przynajmniej?
Paleczki mogl jeszce na lancuch dac, jak w Misiu.. ;)

WiT pisze...

Ja znam knajpę na Tarchominie, w której można było zarobić. Była tam taka rozgarnięta kelnerka. Kolega np. poszedł kupić browar, dał 50zł i dostał 54zł reszty. :D.
Została żoną szefa...

WiT pisze...

A gyoza niezła była, i tania. 600Y za zestaw i drugie tyle za piwo.

kojn pisze...

Słyszałem o takiej knajpie w Wawie, gdzie można zjeść kogucika, jakiś mega przysmak. Tylko Najpierw podają sałatkę, jak się ją zacznie jeść zanim podadzą koguta, to też szef wypierdziela chama z lokalu ;) do tego jest strasznie droga.

WiT pisze...

Wniosek taki, że do restauracji trzeba przychodzić najedzonym.