niedziela, 18 grudnia 2005

4 dzień w Tokyo

Jestem już/dopiero 4 dzień w Tokyo.
Oprócz nieziemskiej i dzikiej radości, którą sprawia mi mój Kochany mąż, nasze bycie i robienie wszystkiego razem, oglądamy miasto.
Pierwsze moje wrażenie: "jakie tu wszystko jest malutkie". Malutkie domki, pokoiki, kuchnia, lazienka, toaleta, miseczki, stoliki... Ta malutkość zakończya się kupnem póllitrowych piwnych kufli - do picia herbaty :).
Dla zilustrowania "malutkości" malutki, wąski blok, w jakim myślalam, mieszkają Kojn z WiTem:

Na szczęście nie wszystko jest takie male :)

Druga rzecz, która zrobila na mnie duże wrażenie to ubiór Japonek. Nie fakt, że odważnie bawią się modą, lącząc style, wzory i jakość materialów /nie rzadko jest to kicz w najlepszym wykonaniu/, ale garderoba - raczej jej brak - ich nóg! Przy temperaturze 5-8'C noszą króciutkie spódniczki /panowie twierdzą, że pod spódniczkami Japonki mają "cieple gacie" - ciekawe skąd czerpią taką wiedzę?/ i kozaczki lub pólbuty z ODKRYTĄ piętą, między którymi widac sine, GOLE nogi. I znów odzywa się bogate doświadczenie panów tu obecnych, a mianowicie "panie mają w butach specjalne wkladki, które podwyższają temperaturę ich ciala". Przygladając się bardzo uważnie pólbutom z odktytą piętą, nie dopatrzylam się żadnych dodatkowych, ocieplających wkladek... To interesujące zjawisko pozostawię zatem bez komentarza.

Trzecia sprawa: Japonki zawsze mają nienaganny makijaż. Po kilku chwilach glośnego zastanawiania się wyjaśnino mi, że korekta makijażu następuje ... w czasie jazdy pociągiem. Make-up, puder, cienie do powiek, zalotki, tusz do rzęs, pincety - to wszystko "idzie w ruch" podczas przejazdu ze stacji do stacji. Szok. Ja osobiście NIGDY nie pozwolilabym sobie na korektę makijażu, a na pewno już owlosienia brwi, w pociągu w obecności tysiąca innych osób. Okroponość. Tu codzienność. Zwyczaj po prostu.

Kolejne sprostowanie: "nic tu normalnego nie ma do jedzenia" slyszalam. "Normalne" znaczy europejskie, raczej powiem polskie: schabowe lub inne mięsa, warzywa, owoce, wędliny. Jadąc tu myślalam, że będę glodować. Nie gloduję. Tu wszystko jest. Przynajmniej jest w sklepie: są mięsa, każde juz przygotowane do wlożenia na patelnię - odpowiednio pokrojone i przebrane, bez zbędnych dodatków typu - tlusta skóra czy wlókna. Pólki pelne warzyw: ziemniaki, buraki, pory, pomidory, selery: zwykly lub naciowy, szpinak - w liściach, i owoców. Jest to, co potrzebne do przygotowania dania co najmniej polskiego.
Tutejsi bywalcy powiadają, że produkty przeze mnie wymienione smakuja "papierowo". Wczoraj jedliśmy przyrządzonego przeze mnie kurczaka ze szpinakiem. Na mój gust danie smakowalo jak zwykle: kurczak po kurczakowemu, szpinak po szpinakowemu. Będę z niecierpliwością testować pozostale produkty, aby mężowi mojemu zmniejszyć tęsknotę za krajem naszym. Obalilam zatem, przynajmniej częściowo, jeden z mitów, jaki się tu w Japonii narodzil.

Zważyć należy na to, iż nie jemy jedynie po europejsku. Smakujemy także po japońsku. Już pierwszego dnia Krzysio zabral mnie na sushi.

Potrawa, o której smakowaniu nie śnilam, szalenie odpowiada moim kubkom smakowym.
Jedzenie sushi można rozpocząć od nalożenia na talerzyk marynowanego imbiru - pyszny w takiej postaci, oraz sosu sojowego:

Następnie, w tradycyjnym barze sushi, na waskiej platformie na wysokości glowy "przejeżdzają" talerzyki z różnymi sushi do wyboru:



z kawiorem:


z lososiem:
z tuńczykiem, z malżami i z calą masą morskich żyjątek, których nazw nie znam i nie wymienię.
Wrażenie ogromne. Jednak wrażenie to bylo niczym, w porównaniu do tego, jak Krzyś po japonsku zamówil dwie porcje sushi z salatką z tuńczyka!!! "Hmmm..., pomyślalam, mój mąż świetnie tutaj sobie radzi; jestem z niego bardzo dumna!!!..."

Cena sushi zależy od liczby i wielkości talerzyków, które piętrzą się przed jedzącym - dla przypomnienia bylo nas dwoje:):

9 komentarzy:

kojn pisze...

Piękny debiut kochanie ... ;)

WiT pisze...

Ten domek to wygląda jak krzywa wieża w Pizie. I pewnie kiwa się na wietrze. Dobrze, że tam nie mieszkamy.

carolajn pisze...

muszę chyba troche zmrozic twoją euforię na temat warzyw..i zadać podchwytliwe pytanie a raczej stwierdzenie: nie da sie z tych produktów zrobic 12 dań wigilijnych!:P zamierzasz tak btw?:)

Yolusia pisze...

no cóż, jeśli ktoś godzi sie na namiastki, można i w ten sposób przygotowac Wigilię... jednak Wigilii tradycyjnej w tym roku nie będzie - zamierzmay zrealizować nasze marzenie - i nie mieć Wigilii, zamiast jedziemy do Disneylandu... ja się nie zachwycam, jedynie prostuję, że warzywa tam są, nie dyskutuję też na temat ich samku, bowiem nic nie zastąpi smaku pomidora w Polsce w czerwcu, jednak warzywa też tu są. Szpinak smakowal dobrze.

carolajn pisze...

to super.. jak bylam 6 lat temu to wlasnie rozbudowywali disneyland..ale ogólnie podobał mi sie bardziej niż w europie-np. w Paryżu. jak tam będziecie konieczcie pojdzcie do takiej jaskini gdzie wchodzi sie w łódki "wyrzeżbione przez bobry" i płynie sie po róznych krainach a na końcu jest wodospad z którego się spada pionowo w dól! dla mnie to była największa atrakcja:) no i pliz róbcie zdjęcia bo ja zrobiłam wtedy 2 klisze i okazało się że miałam zepsuty aparat:)

kojn pisze...

to się nazywa Small-world - znam kilka osób w Orlando, które raz w miesiącu jadą da DL tylko po to by posłuchać tej neurotycznej pioseneczki napisanej ze SmallWorld ;)

n€x¤R pisze...

ten domek to dokladnie ten sam domek, co w ksiazce [tytulu nie pamietam, wit - pomocy].

nie ma to jak spac pionowo w lodce wydrazonej przez bobry... w srodq zimy! sine nogi japonek nie dorownaja sinosci wita i kojna w DL.

stroje japonek [i japonczykow] sa mistrzonwe q:

Yolusia pisze...

więcej strojów na Tokyo vs Luksemburg - o ile znacie. A dlaczego mają być sini w DL? WiT już w Polsze, więc go z nami nie będzie....

neko pisze...

coż, muszę Cię zmartwić, bo sushi nie jest narodową japońską potrawą :) prędzej miso