piątek, 30 września 2005

Yamato night life

Noce bywają dziwne. Wyjątkowo długie i pochłaniające. Podtokijski klimat jest baardzo specyficzny.


Kolejki do taksówek jak za czasów mojej młodości.



Pomieszanie koreańskiej, 20% siociu z gorącą wodą i rozbełtaną marynowaną śliwką nazywa się umeboshi. Smak oleisty. Dziwny też. Kojnowi nie przypasowało. Dla mnie może być, jeśli czymś popić.

Nieodzowne trunki w każdym szanującym się barze. O dziwo jedno i drugie piją czyste!

czwartek, 29 września 2005

Flickr: esencja

Dwa miesiące, troche fotek się nazbierało. Z najlepszych zrobiłem takie coś...


środa, 28 września 2005

Nano

Hihi, w końcu go mam!
Malutki, czarniutki, błyszczący - nadaje się na przytulankę. Można nosić w portfelu. Trzeba uważać żeby go nie połknąć przez przypadek ;)



Na pierwszy rzut oka zachwyca. Mnóstwo bajerków, które cieszą. Interfejs genialny. Nawet ITunes'y działają dobrze. Na razie nie ma się do czego przyczepić.

Sephia

Zawsze gardziłem, zaczynam szanować. Zdjęcia w sephii nie muszą pokazywać starych ludzi i zgniłych desek.


Nowy członek ...

... naszej watahy.
Muszę powiedzieć, że sam siebie zaskoczyłem. Jednak, najlepszej z żon udało się zaszczepić we mnie potrzebę opiekowania się kimś, bycia odpowiedzialnym, potrzebnym ... rzecz niby prozaiczna ale jakoś mi było bez tego dziwnie. I ja, wielki przeciwnik rzeczy ożywionych w domu ... kupiłem TO.... czekam na propozycje na imię, bo muszę jakoś do nie mówić ... aa i tylko nie piszcie, że juz mi odpierdziela -
dopiero zacznie.


ten mały gratis był ;)

wtorek, 27 września 2005

Sayonara Expo

Expo się skończyło.
Impreza pożegnalna dla staffu wystawy to ogromny spęd ludzi. Masa, po raz kolejny. Cały świat pod jednym, ogromnym dachem. Przemawiał pan Toyoda, i jeszcze kilku mniej znanych.
Jedzenie i picie z kim popadnie. Wyjątkowa atmosfera. Połączenie radości (z końca monotonnej pracy), smutku (z końca wspaniałej pracy) i nadziei (następne expo w Szanghaiu, za 5 lat). Wspólne zdjęcia, wymiana i podpisywanie koszulek. Wieczorne kolędowanie w celu wymiany pozostałych gadżetów.

Generalna rozbiórka: ciężarówki, wózki widłowe, ludzie w kaskach. Za miesiąc park w Aichi będzie znów tylko parkiem (tyle że z niebywale rozbudowanym dostępem). Pozostanie przecież specjalny zjazd z autostrady, kolejka linimo - przewożąca ludzi z Nagoi do Aichi, nie dotykając torów - i wiele innych udogodnień.

Byłem tu w sumie 3 dni. Zobaczyłem mały procent, ale dużo przeżyłem. Wiem, że wspomnienia dopiero powstaną w mojej głowie. Uformują się niedługo, gdy rozum przetrawi migawki, które tam widziałem. Pozostaną też zdjęcia, wizytówki i pluszowe żubry - które przeprowadziły inwazję na polski pawilon.









Dasvidania Expo!

A po nocy drwale 21 wieku ścinali stalowe drzewa swoimi piłami z iskier...

Jeszcze o weekendzie

Cały weekend spędziliśmy z Kojnem w pociągach. Przez dwa dni przejechaliśmy ok 350km. Byliśmy na lotnisku, w akihabarze i w ambasadazie na wyborach.
Niestety dystanse tu są ogromne. Miasto jest bardzo rozległe. Pociągi są drogie, nie ma zniżek studenckich. Kasa schodzi momentalnie. Automaty biletowe stają się moimi największymi wrogami.




Życzy pan sobie miejsce przy oknie, przodem, tyłem, do okna, plecami do kolegi? A może pod kątem 45 stopni?

poniedziałek, 26 września 2005

Server special

Zastanawiałeś się kiedyś jakim serwerem chciałbyś najbardziej administrować? Taki serwer marzeń, spełnienie snów. Czysta przyjemność. Przemyślana konstrukcja, małe rozmiary,przyjazny interfejs.

Widziałem taki ostatnio w second-hand'zie, za naprawdę dobrą cenę.

Zobacz...

niedziela, 25 września 2005

Kojn laundry

Ponieważ nasza pralka ma wszelkie objawy śmierci klinicznej (niby-pranie) wybraliśmy się do oddalonej o szaloną odległość, 150m pod górkę, pralni na monety.

300 jenów kosztuje półgodzinne pranie do 7kg. 100 jenów to 10 minutowe suszenie.



Nie jest to duży lokal, 3 pralki na krzyż, ogromna popielniczka i dwie suszarki. Obok automat z napojami. Trzeba przestrzegać reguł opisanych na tabliczce na ścianie ;)
Czekając na pranie można poznać sąsiadów. Są jednak mało rozmowni...

Braki

Przypomniał mi się niedawno stary dowcip, o tym jak Neil Armstrong z kolegami siedzieli na księżycu, przyleciała do nich rosyjska pierwsza załoga żeńska, i jeden z kosmonautów mówi:

-Wiesz Neal, niby wszystko jest, są laski (bez komentarzy proszę, to tylko dowcip), grill, piwo ... a jakoś nie ma Atmosfery!!!


I o ile na księżycu jej faktycznie nie ma, zastanawiałem się, co tu jest nie tak, że jest jakoś tak ... dziwnie. Jakie są składowe tej enigmatycznej atmosferki, klimatu? Zauważyłem kilka rzeczy których tu bakuje, które nie koniecznie na klimat wpływają, ale może troszeczkę.


Brak pierwszy.
Nie ma ... niemal nigdzie KOSZY NA ŚMIECI!
U nas to nieodłączny element każdego miejsca w Polsce, bywają pourywane, przepełnione, ale są wszędzie. W sumie nie wyobrażam sobie warszawiaka, szukającego kosza, nikt o tym po prostu nie myśli,zjadam coś, wywalam, żadnych strategii. Mam pełne kieszenie papierków, zatrzymuję się i opróżniam (kieszenie). Proste zasady. Tutaj jest zupełnie inaczej.
Kupujemy np. napój, za budką z napojami niekiedy są zabunkrowane kosze, jednak nie zawsze mamy ochotę konsumować na miejscu. I tu zaczyna się nasz problem. Bywa, że chodzi się godzinę z pustą butelką w ręku, wypatrując upragnionego kosza, na dany rodzaj materiału z jakiego ona jest zrobiona.
Pozatym śmieci to temat rzeka, z domu można wystawiać dwa razy w tygodniu śmieci palne i organiczne. Butelki plastikowe raz w tygodniu, muszą być obdarte z papierków i umyte. Z tej paranoi kolega nawet szorował plastikowy kubeczek po Nutelli. Szok .. wiem, że nas czeka recycling, ale mam nadzieję, że forma będzie bardziej "user friendly". Ach ... wkurzyłem się aż!!! ...

Brak drugi.
Nie ma dzieci ... pochowane jakoś, nie ma placów zabaw, dzieciaków na rowerkach, nigdzie. Sporadycznie można spotkać matkę z dzieckiem. Jedynie w niedziele kilka sztuk wychodzi na ulice kopiąc kamyczek. Myślałem, że tego nie zauważam, jednak okazuje się, że Polska jest pełna dzieci. Bez nich jakoś tak pusto.


Brak trzeci.
Nie ma zwierzaków. Niemal każdy bluźni na kupki na naszych trawnikach. Ja od kiedy mam pieska (w sumie to moja Lola go ma) dokładam nim tych kupek jeszcze więcej. Tu problem rozwiązano tak, że po prostu nie ma psów. Widziałem 3, zamknięte w samochodzie. I nie miałem pojęcia jak mi tego szczerego psiego uśmiechu brakuje. Tych setek merdających ogonków chodzących po wszystkich naszych osiedlach. W sumie to i tak by nie maiły gdzie chodzić bo ...

Brak czwarty.
Brak zieleni ... parków, parczków, skwerków, drzewek, trawników, trawniczków, klombów, pasów zieleni i innych takich podobnych. Tu z tego zrezygnowano... ogromny ścisk i kasa, za metr kw. spowodowały, że sobie to odpuszczono ... co prowadzi do ostatniego na dzisiaj braku.


Brak przestrzeni.
Ścisk, tysiące ludzi, wszędzie i o każdej porze. Ogromny ruch, wąskie ulice i do tego identyczne twarze, z miną typu "BUS FACES". Jeśli obcy Japończyk ci czegoś nie sprzedaje, to dla niego nie istniejesz.

eeee.. i tak za długi mi wyszedł ten post, więc niech to będzie Wielki post dla was. Idziemy głosować ... mam nadzieję, że jak usłyszycie, że PJKM zdobyła 50% poparcia w japoni... to znaczy, że tylko Ja z Witem głosowaliśmy.

Krecha

Niech ten post będzie grubą kreską, bo wszystko co było skomentowane pod spodem, jest odpowiednio skomentowane, i na tym pozostańmy.
Ja tu jednak całkiem nie o tym. Mam kilka pomysłów na wpisy w głowie, jednak ciągle mi czegoś brakuje. Nieraz zdjęcia, nieraz czasu, a nieraz po prostu sensu. Postaram(y) się jednak ruszyć do klawiatur i was naszych prawdziwych przyjaciół, nie zawieść. Redakcja dodatkowo dziękuje za żywą reakcję ... i jak pisał WIT ... o TO CHODZI!!! ... już za chwile... kolejne wątki z życia zagubionych w czasie i miedzy słowami.

sobota, 24 września 2005

Panowie i Damy

Post o przytomności. Tak też możnaby go zatytułować.

Piszę do Was, drodzy Czytelnicy, w dobrej wierze. Umieszczam moje zdjęcia byśmy się wszyscy dobrze bawili. Bym ja miał satysfakcję, formę wyrazu. Byście Wy mieli coś z tego, że ja tu jestem. Byśmy wspólnie to jakoś przeżywali.

Jestem niezwykle szczęśliwy, że tokyobynight osiągnęło tak ogromną popularność. Nie spodziewałem się tego. Codzienny licznik odwiedzin często osiąga wartość 100. To dużo, jak dla mnie. Część z Was znam, części nie; Z pewnością wiekszej.
Gdy zaczynałem bloga, zdecydowałem się uruchomić system anonimowych komentarzy, by na bieżąco wiedzieć co myślicie o moim życiu, które będę Wam pokazywał. By każdy mógł coś napisać i w ten sposób stać się częścią tego wszystkiego. Sprawia mi to wielką radość. Korzystajcie z tego, jak najbardziej. Proszę.

Jednak...

Wyjazd mój to nie jest sam cukier. Wiąże się z wieloma wyrzeczeniami; szczęściem na równi ze smutkiem. Z obawami.

Chciałbym abyście, traktowali więc mnie poważnie. Abyście też pomyśleli czasem o moich bliskich, czytających to samo co Wy. Tęskniących pewnie bardziej. I przeżywających głęboko każdą rzecz, która jest tutaj napisana.

Sobota

W rapid express'ach powinni zasłaniać szyby i gasić światło.


Drogę na lotnisko mamy opracowaną. Najtańszy pociąg w obie strony to ok. 5000 jenów. Ponad 2 godziny jazdy z przesiadkami. Panorama monotonna z dodatkiem podziemii.


Lotnisko Narita to też duże centrum handlowe. Z ciekawostek: za niecałe 2000 jenów można nabyć bluzę z emblematem dowolnej linii lotniczej świata :)

piątek, 23 września 2005

Idą zmiany

Oj idą. Jutro wyjeżdza Darek. Był tu prawie rok. Zwalnia pokój, więc z Kojnem będziemy mieli więcej prywatnych przestrzeni. W końcu przestanę czuć się jak w przedziale kolejowym. Poza tym więcej obowiązków i odpowiedzialności. Czy to dobrze...?




Kuchiyage guide

Chyba najmniej zdrowe jedzenie w Japonii to kuchiyage. System polega na tym, że płacisz przy wejściu 3000 jenów, i przez 2 godziny możesz jeść i pić ile chcesz. Oczywiście wielki bug tego systemu to konie trojańskie, w postaci gajdzinów takich jak my, którzy potrafią zjeść duuużo więcej niż przeciętny tubylec. Do tego lubią wychylić kilka kufli piwa. Jesteśmy dla właścicieli kiepskim interesem więc, ale nie stracili uśmiechów na twarzach jak nas zobaczyli :)
W każdy stolik wbudowana jest swego rodzaju frytkownica w której sam przygotowujesz swoje potrawy. Pomysł podobny do francuskiego fondue.


Oto przepis na sukces:

Krok pierwszy, wybranie dużej ilości patyczków z surowym jedzeniem. W repertuarze dosłownie wszystko: mięso, rybki, kalmarki, chrząsteczki, pierożki, ziemniaczki, jabłuszka). Używam zdrobnień bo wszystko jest w malutkich porcyjkach, jakby zminiaturyzować grilla do rozmiarów lalki barbie. Do stolika podążamy więc z stertą wszystkiego na patyczkach, po drodze zamawiając piwo.

Krok drugi, każdy patyczek należy zamoczyć w cieście...

...i obtoczyć w panierce.

Krok najważniejszy: pałeczka ostrożnie ląduje w głębokim tłuszczu. Jeśli nie zachowasz ostrożności olej pryska. Ja mam dwie plamy na jasnym garniturze, kojn chyba z pięć.

Po 2-3 minutach wyciągasz patyczek, czekasz aż ostygnie z szalonej temperatury. Masz do wyboru trzy rodzaje sosów (musztardowy, czosnkowy i sojowy). Gotowe, można jeść.

Po jedzeniu zostają dziesiątki pałeczek. Jeśli przysmaki wydadzą ci się monotonne - w barze są jeszcze sałatki, makarony i zupy.
A szczerze powiedziawszy może być to monotonne. Nie ważne co wsadzisz do oleju - i tak smakuje identycznie (no może z wyjątkiem jabłka). Tylko sos sprawia, że możesz sobie urozmaicić smak.

Fajna knajpa, bardzo towarzyski sposób samo-przygotowywania jedzenia. Dużo śmiechu, często wyjmujesz czyjeś patyczki, czasem wyłowisz potrawę która spadła koledze z kijka, przy okazji lekko poparzysz się skwierczącym olejem. Podoba mi się!

środa, 21 września 2005

Ogłoszenie: dzwonek

Z przyjemnością informuję, że po wielu tygodniach planowania, wielu godzinach prób i kilku chwilach stresu, udało mi się zmienić dzwonek w moim telefonie komórkowym.
Jakże się cieszę! uuuaaaahhhaaaahaaa

Densha sleepers

Ostatnio dużo pracuję. Nauczyłem się spać w pociągu na stojąco. Kojn mnie przyłapał - co nie znaczy, że sam nie śpi :)

Rozmówki w praktyce

Kore-o kuriningu-ni dashitai-no-desu-ga - Chciałbym to oddać do pralni.
To nie wystarczy.
Jak autorzy rozmówek japońskich mogli umieścić tylko to w dziale "W pralni"?!
Pani przeglądając moje koszule zadała mi 23 (słownie dwadzieścia trzy) pytania.
Większości nie zrozumiałem, nie znałem więc też odpowiedzi. Kiwałem tylko głową Hai Hai!
Mam nadzieje że zobacze swoje koszule jeszcze...
Poza tym rozmówki to gówno - może gdybym się nie odezwal po japońsku na początku - babka by o nic nie pytała i zastosowała defaultowy zestaw opcji. A tak potraktowała mnie jak swojego - a ten głupi na wszystko się zgodził :D
Przy okazji.
Jaki jest sens umieszczania pytań w rozmówkach - skoro i tak nie będziesz potrafił zrozumieć odpowiedzi?

wtorek, 20 września 2005

W drodze


Trochę ostatnio pojeździłem samochodem. Nie żebym prowadził, polskie prawo jazdy jest nieważne w Japonii. Trzeba zrobić swego rodzaju nostryfikację...
Jeździłem jako pasażer. Dobre kilkaset kilometrów zrobiłem, w różnych warunkach.
Wrażenia ciekawe: tak jak Japończycy jeżdżą po mieście delikatnie, grzecznie - wyjątkowo. Tak na autostradzie budzi się w nich diabeł. Pomijając prędkość i przyspieszenia (300 km miałem przyjemność suszyć włosy w dwuosobowym Lexusie Cabrio, z prawie 300 konnym silnikiem) na autostradzie jest miejscami po prostu niebezpiecznie.

Konkretna sytuacja. 120km/h, prawy pas (tak jakby u nas lewy), duże zagęszczenie ruchu. Dwa samochody przed nami jedzie tzw. wyścigowa ciężarówka (czytaj wariat w trucku co myśli że ma co najmniej WRC). Energiczne zmiany pasów, zajeżdżanie. Skądś to znam. Nic nowego. To co jednak pokazał na moich oczach - przechodzi ludzkie pojęcie.
Facet w vanie przed nim nie chciał mu zjechać na lewy pas. Ciężarówka jechała na jego zderzaku kilka chwil i co zrobił kierowca? Zjechał obok, wyrównał się z vanem i w niego wjechał!!!
Normalnie wjechał mu w bok. Iskry, kurz, palenie gumy. Jak w DestructionDerby. Van po uderzeniu walnął w barierki oddzielające przeciwny pas autostrady. Cudem kierowca opanował samochód. Gdyby nie to - nie wiem co by było. 120km/h, przypominam.
Zatrzymaliśmy się na poboczu, zaraz za truckiem z zabójcą i poobcieraną ofiarą w vanie. Mój kierowca był na tyle oburzony sytuacją, że chciał być świadkiem na Policji. Byłem przygotowany że zacznie się jakaś bójka. Kierowca vana nie mógł wysiąść z samochodu. Miał swoje drzwi porozrywane od uderzenia w barierki. Wyszedł tyłem, przez klapę bagażnika.
Bójki nie było. Do zabójcy dotarło chyba co zrobił. Mógł zabić wiele osób. Debil.
Sprzeczka zamieniła się w wymianę wizytówek, po chwili pojechaliśmy dalej. Kierowca vana był w naprawde niezłym szoku.
Ja też.

Żałuję, że mój aparat był w drugim samochodzie, który był spory kawałek za nami :(

Ja chcę takiego Lexa!!! buuu!!!

poniedziałek, 19 września 2005

Wizyt(ówk)a

Byłem w galeryjce...okazja fajna, bo nie dość, że comiesięczne opijanie urodzin wszystkich znajomych urodzonych w tym miesiącu, to jeszcze właściciel wygrał mega nagrodę za swoją prace. Ale ja nie o tym. Była tam jakaś japońska para, pani przedstawiła się jako redaktor naczelny gazety... no i się zaczęło. Pierwszy raz tak oficjalnie wymienialem się wizytówkami. Wyglądało to tak: (sytuacje opisuje z tego co mówiły ciała osób a nie one same)

Bardzo mi głupio i wstyd ze mam takie brzydkie wizytówki .. ale podam ja dwoma rękomoa ... pan mi tez poda dwoma (tylko ciekawe jak się wymienimy)

OOO dziękuje za ta wizytówkę, jest śliczna i w ogóle tak fajnie ze mi ją pani podała.
OOOOO i pan mi podał tak ładnie dwoma łapkami, i ma pan po japońsku oooo jak fajnie, to będzie moja najładniejsza w kolekcji.

Uśmiecham się ładnie i przytakuje ... wgapiam się na jej wizytówkę, jak bym cos z tego rozumiał.
Koniec pierwszego etapu.
Powtórka z kolegą tej pani ... też redaktorem. Nikt nikomu w oczy nie spojrzał ... nikt w sumie nic konkretnego nie wypowiedział.... Żadne tam :" hej stary .. masz moją Bussines kartkę i zadzwoń jak będziesz miał problem, albo jak będziemy mogli na tobie zarobić" NIC ... Jezu jak sztywno ... nie wiedziałem jeszcze, ze szykują drugi etap.
Etap drugi:
OOO Jak ładnie się wymieniliśmy wizytówkami, w oczy panu jeszcze nie spojrzymy, bo przecież tą gazetka mamy ... co to ją redagujemy. I ona ma tylko 4 (słownie:cztery) strony, ale jest fajna, bo jest w niej kilka przepisów kulinarnych, i kupę reklam lokalnych firm. Ale ja jestem redaktorka naczelna .. a ten pan obok mnie też. - kłaniali się i skłaniali bez końca ... i juz wiem ze dzięki tego typu treningom mogą wysiadywać na krzesłach bez oparcia,jeść bez oparcia i w ogóle przebywać w dziwnych pozycjach. Mięśnie kręgosłupa na pewno mają niczym ze stali od tego uginania.
Tak czy siak miło było to przeżyć ... byle nie za często.

sobota, 17 września 2005

Pan w słomkowym kapeluszu


Taki pan mi wszedł w kadr ostatnio na stacji. On to musi pamiętać... Co on sobie o nas myśli? Co on wogóle sobie myśli...