czwartek, 4 sierpnia 2005

Podryw po japońsku

Historia opowiedziana przy lunchu, wczoraj przez kolegę z pracy, Amerykanina:
Pewnego dnia jechał metrem z koleżanką, Japonką (nie żoną, nie dziewczyną - koleżanką). Siedzą, gadają, nic nadzwyczajnego.
Kilka miejsc dalej, na przeciw siedzi kobieta (ok. czterdziestki) z małym chłopcem (jakieś 10 lat). Mija jedna stacja, druga, luz. Gary spostrzegł jednak, że kobieta ta intensywnie się w niego wpatruje. Wiedział, że gajdzini (cudzoziemcy) zwracają uwagę Japończyków, więc się tym nie przejął, nawet się do niej uśmiechnął.
Uśmiech ten został jednak odebrany zbyt dosłownie. Po chwili podszedł do niego ten chłopiec z dzwoniącym telefonem w ręku (na większości linii tokijskiego metra działają komórki). Gary odebrał, posłuchał łamanej angielszczyzny i ku swojemu zdziwieniu zorientował się, że matka tego chłopca chce się z nim umówić...

Koleżanka na szczęście wyciągneła go za ręke na peron, ratując go z opresji. Spytał jej czy to normalne. Zdziwiona była tylko tym, że kobieta zrobiła to widząc, że Gary nie jest sam.

4 komentarze:

daro pisze...

Ok Wit, przekonałeś mnie, bukuje dziś bilety, szykuj futon

n€x¤R pisze...

grraauuu...
ehh...

luke pisze...

Gdyby tylko miała ze 20 lat mniej ?

daro pisze...

opowiadamy wszystkim tą historyjkę, wchodzi do kanonu anegdod, jak to, że w tokio nie ma nazw ulic i normalnego numerowania domów!