sobota, 31 grudnia 2005

Hakone-Yumoto

Przyjazd pingwina z Polski skłonił nas do wycieczki za miasto. Pojechaliśmy do wychwalanej w przewodnikach miejscowości Hakone.


Dojazd nie był prosty. Przesiadka z normalnego pociągu, do starego pociągu, potem kolejka szynowo-linowa jak na Gubałówkę by na końcu przesiąść się w kolej linową wiszącą. Pochłonęło to masę pieniędzy, ale widoczki były niezłe.



Na górze odnaleźliśmy kilka śmierdzących siarką dziur oraz bulgoczących basenów.

Największą atrakcją było jedzenie czarnych jajek, gotowanych w naturalnie wrzącej wodzie z domieszką siary. 500 yenów za 6 sztuk ... ale wrażenie niezłe, pachnie jak zbuk, smakuje jak zwykłe jajo ;) polecam.



Na sam koniec udało nam się namówić Alka i jego lepszą połówkę na żarełko w naszej ulubionej suszarni. Było przemiło, szkoda, że tak krótko.



Pisze mało, bo wy też przestaliście komentować ;( ... nie ma bloga, bez czytelników.
Nie zmienia to jednak faktu, że chcemy Wam życzyć samych sukcesów, osobistych i zawodowych, żeby nowy był lepszy, a stary wspominany dobrze w nowych lepszych okolicznościach. Coby Wam nie zabrakło pomysłów na życie i żeby były one odważne i dalekosiężne. Jednym słowem Najlepszego!!!

czwartek, 29 grudnia 2005

Szał małych kartoników

Oderwaliśmy się troszkę od rdzennej Japoni. Miejsca ostatnio przez nas opisywane dały nam możliwość posłuchania "Jingle Bells" i innych piosenek o Mikołaju i jego kumplach. Na Tokijskich ulicach, tylko w najbogatszych dzielnicach widać kolorowe lamkpi a na mniej zamożnych, są tylko kolesie z ulotkami w mikołajowych czapkach i kiepskiej jakości choinki w niektórych sklepach. Jednak Japończycy czekają na coś innego, dużo ważniejszego dla nich niż jakaś tam Merry Christmas. Czekają na przerwę noworoczną. 5 dni błogiego niepracowania. Firmy zamknięte, sklepy i punkty usługowe pracujące w świątecznym wymiarze godzin, pociągi w trybie weekendowym a salarymany z błogimi uśmiechami w domu albo na wycieczkach za miastem. Aby jednak dobić do tego punktu należy wykonać jeszcze jedną drobną rzecz.

Wysłać kartkę ..... wygląda to niemal tak jak nasze świąteczne, zwykła karta pocztowa, z kolorowymi mazajami, jednak wysyła się ją do WSZYSTKICH. Bliskich, dalszych, najdalszych, i tych trochę jeszcze dalszych. Poczty przeżywają prawdziwe oblężenie, osoby cywilne wysyłają kilkadziesiąt kartek a firmy po kilkaset.Dzisiaj ostatni dzień na wysłanie, więc listonosze wymieniają amortyzatory w swoich skuterkach a w firmach na całej wyspie sekretarki piszą, piszą i piszą ....Wielkie wory kartek będą podróżować od miasta do miasta, zasypując każdego mieszkańca garściami miłych symboli, że ktoś o nich jeszcze pamięta. I szczerze mówiąc podoba mi się to bardziej, od przyłania mejlem, czy sesemesem kopiowanych durnych wierszyków, o tym żeby coś stało jak choinka lub .... sami wiecie.

środa, 28 grudnia 2005

DisneySea - not only underneath, cd:

Drugi dzień w zupelnie innym swiecie... Ten podobal nam się bardziej. Dlaczego? Bo byl zaskakujący, ciekawy, bardziej różnorodny, nierealny...

W parku Rybki obowiązuje calkowity zakaz palenia:


Mala Syrenka, nie byla taka mala:)


podobnie jak jej podwodny swiat:



Indiana Jones Adventure:



A to?


Yucatan, Lost River Delta:



20,000 Leagues Under the Sea:


Captain Nemo Ship:


AquaTopia:


Wenecja w dzień...



i w nocy:


Disneyland - inn

Ladies and Gentleman,
oto przedstawiamy wybrane sposród postaci i widoków te, które najbardziej zapadly nam w pamięci, a z którymi chcemy podzielić się z Wami już teraz. Na prezentację pozostalych obrazów zaprosimy osobiscie w niedlugim czasie.




Ameryka Poludniowa - Amazońska Dżungla, Yucatan:


Tych bohaterów nie trzeba przedstawiać:






It's a small world:


Cindrella's castle:



Szybki jak blyskawica Kris 'Kojn' Kris:



cdn...

Mój pierwszy raz!

Pierwszy raz w życiu dzis czulam jak trzęsie się Ziemia!!! Wrażenie niesamowite. Leżę i czytam i nagle cala bujam się na boki, jakbym byla na karuzeli lub w srodku turbulencji na wysokosci kilkunastu tysięcy metrów nad Ziemią... Na szczęscie już po...:)

wtorek, 27 grudnia 2005

Rozkręcamy się !!!



Nic dodać, nic ująć:)

sobota, 24 grudnia 2005

Wigilia w Tokyo

Pięknych Świąt!
Za tym kryje się wszystko, o czym tylko marzycie. Masy radości, worów prezentów, szczęścia i zdrowia dla WAS, drodzy przyjaciele i dla Waszych bliskich. Dziekujemy bardzo za prezenty i przede wszystkim Wasze wsparcie i pomoc jakie nam (a szczególnie mi) okazujecie. Cieszymy się bardzo, że mimo rozłąki nasza rodzina i przyjeciele są bliżej nas, niż niekiedy w Polsce. Dziękujemy serdecznie i jeszcze raz wesołych, a ja Yola dodam radosnych, pełnych miłości i wzajemnego zrozumienia Świąt.


Po raz pierwszy od 26ciu lat spędzamy Wigilię bez naszych rodzin. Jest jednak baaardzo przyjemnie.

Świętowanie rozpoczeliśmy już w piątek od wyprawy do krainy Myszki Miki ... ale o tym później:)


Dzisiaj wyspaliśmy się, i aby tradycji stało się zadość, objadamy się:


trochę bawimy ;)





a co najważniejsze jestesmy RAZEM, czego Wam życzymy z całego serca.
Yola&Kojn

P.S. z żalem zawiadamiamy, że w Japonii atmosfery swiątecznej nie ma :(

piątek, 23 grudnia 2005

Szok kulturowy

Warszawa, plac Zawiszy, godz. 17:15. Pełen szczyt. Ciemno, ponuro, mroźno.
508, na Tarchomin, w rozkładzie 17:23. Czekam.
Mija 10 minut. Dobrze, że zaraz będzie autobus, bo moja japońska kurteczka jest
raczej na japońską zimę, i zaczynam czuć chłód.
Przyjeżdża kolejne 127, już drugie. 508 nie ma.
Sprawdzam, czy na pewno nie przenieśli 508 na inny przystanek w pobliżu. Nie.
Mija kolejne 15 minut, Zimno. Ludzie się zmieniają na przystanku jak, jak... jak
ludzie na przystanku. Przyjeżdżają wszystkie autobusy oprócz mojego 508. Kupiłem
tylko jeden bilet studencki, więc czekam twardo.
17:45, spotykam koleżankę z podstawówki na Tarchominie. Po wymianach uprzejmości i
okazaniu wzajemnego zaskoczenia rozwojem "kariery" (ona rok w Hiszpanii była),
oznajmia mi, że:
- stąd się nie jeździ teraz 508, wiesz? Jedziesz tramwajem z przesiadką na plac
Wilsona i stamtąd E-4...
- to dlaczego stoisz ze mną na tym przystanku?
- a bo na tym placu Wilsona jest taki ścisk w E-4, że często nie załapujesz się do
pierwszego autobusu i czekasz na następny.

Minęło kolejne 10 minut, pod naciskiem mojego mózgu, który przestał odbierać
sygnały czuciowe z nóg, udaliśmy się do tramwaju.
Dowiedziałem się, że jednak nie jadę na Tarchomin, tylko do Arkadii.
Pierwszy odcinek tramwajowy, więc na gapę, przesiadka i drugi odcinek skasowany.
Niestety na wysokości kina Femina tramwaj zgasł. Ciemno, cicho. Smutno się
zrobiło. Motorniczy łomem otworzył przednie drzwi i oznajmił pasażerom, że dalej
nie jedzie bo nie ma prądu.

Przeszedłem więc przez ulicę, do przystanku autobusowego. Jana Pawła była
parkingiem z ustawieniem samochodów w obu kierunkach. Do kompletu teraz stały też
tramwaje.
Podbiegłem do losowo wybranego autobusu stojącego w stronę ronda babka. O dziwo
kierowca otworzył mi drzwi, usiadłem więc spokojnie i odetchnąłem bo przynajmniej
było mi ciepło.
Po 10 minutach autobus ruszył się 10 metrów, po następnych kilku przejechał
skrzyżowanie.
Na najbliższym przystanku kierowca nie wypuścił chłopaka, który obok niego stał,
bo ten nie wcisnął przycisku na żądanie. Chłopak poprosił o otwarcie drzwi, dobroć
kierowcy na dziś została chyba jednak wyczerpana wpuszczeniem mnie na ulicy.
Chłopak więc udał się do środkowych, otwartych drzwi. Kierowca widząc to zaczął je
zamykać, przyciskając kolesia w pół. Ten wygramolił się w końcu z autobusu. Jeśli
miał w plecaku jajka to one nie przetrwały.
Z deka się wkurzył, podszedł do przednich drzwi i...
zbił szybę, która to wybuchając zbiła drugą, dzielącą kierowcę od pasażerów.
Kwadraciki zszokowanego szkła rozprysły się po połowie autobusu.
Zarówno kierowca jak i sprawca stanęli jak wryci. Tyle, że ten drugi szybko uciekł.
Drugi raz tego dnia usłyszałem, "Dalej nie jadę".
Następnie wsiadłem w jakiś kolejny losowy autobus, który co prawda jechał na to rondo ale tak dookoła jak można sobie tylko wyobrazić.

No cóż... to się chyba nazywa szok kulturowy :D

czwartek, 22 grudnia 2005

Wakacje w Polgarii

Jak to już kiedys bartpogoda pisał, Polgaria to dziwny kraj. Prawie wszyscy Polgarianie (starsi i młodsi) mówią mi, że teraz tu jest kraj kaczek; że robi się nie do wytrzymania; że dużo się zmieniło.
I tak mimo, że wiem o zbliżającej się elekcji nowego prezydenta, i wynikach wyborów do parlamentu, to nie odbieralem tego jako jakąs niebywałą tragedię. Nie smieszą mnie żarty na temat kaczek, ofercie kursu angielskiego dla naszego nowego premieraczy metamorfozie Leppera. Tak po prostu nie łapię tego wszystkiego. Przez pół roku byłem z boku, wiedziałem o wszystkim ale to było daleko. Najgorsze jest, że chyba ja chcę tak podchodzić do tego dalej.

Wrociłem, po 14 godzinach podróży znalazłem się na Okęciu. Terminal 2 nadal nie wybudowany, amortyzatory mojego byłego samochodu, którym teraz jeździ moja mama, słyszalnie postarzały się o pół roku... Niewiele chłodniej niż w Japonii, tak jakos tylko szaro i ponuro. Nie ma słońca.
Wogóle, tak niewiele się tu zmieniło.

Pierwszego dnia odwiedziłem PeJota, spotkałem się ze znajomymi, kolegami z pracy, zjadłem przepyszne swiąteczne potrawy made by Ada oraz pomogłem wybrać rodzicom lodówkę i pralkę, bo się akurat zepsuły.

Najbliższe dni planowane są w klimacie rekreacyjno-rozrywkowym.

wtorek, 20 grudnia 2005

Instant Life

Jedzenie w Tokyo. Dużo na ten temat piszę, mówię, myslę. Powód tego jest nader prosty - jestem milosniczka jedzenia.
Sushi, już pisalam, bardzo mi odpowiada.
"Roman'y" - rodzaje zup na rosole z różnosciami we wnątrz - nie spróbuję nawet - już sam widok przyprawia mnie o mdlosci /Krzysiek nie lubi, WiT san srednio/ zatem w tej kwestii w 100% będę posluszną żoną i nie zjem.
O warzywach i mięsach tutaj, też już napisalam.
Jest jednak cos, o czym nie napisalam: w Japonii niemal wszystkie rodzaje dań i potraw można po prostu zalać wodą i je zjesć. Podziwiam liczbę i rodzaje potraw instant obecnych w FamilyMart'ach.
Mysle, że dla Japończyka pracującego od switu do zmierzchu jest to dobre wyjscie z sytuacji. Dla mnie jednak to tylko namiastka jedzenia. O ile taki tryb życia jest odpowiedni w warunkach polowych, o tyle tutaj jest to dla mnie problem. Instanty bowiem kojarzą mi się tylko z plastikiem. Może jeszcze się przekonam, może nie. Czas pokaże.

poniedziałek, 19 grudnia 2005

Przerwa na papierosa

Minął okres mojego pierwszego odcinka opery mydlanej pod tytułem TOKIO. Co wyniosłem? Co wniosłem? Nie wiem. Tak naprawde to nie potrafię tego nazwać. Może kiedyś będę umiał - a może lepiej tego nie nazywać...
Dużo doświadczyłem ale dużo po dupie dostałem; bawiłem się, płakałem, śmiałem i denerwowałem. Nauczyłem się wielu rzeczy, m.in.:

Że czasem warto posłuchać bardziej doświadczonych - by utwierdzić się lub zmienić zdanie.
Że czasem warto posłuchać siebie - by poznać co tak naprawde się chce.
Że czasem warto posłuchać swoich rodziców - by poznać kolejne oblicza ludzi wokół siebie.

Poza tym:
Unixów - trochę.
Japońskiego - niewiele.
Samodzielności - słuszna dawka.
Ogłady - nie czuje się w tym nadal najlepiej.
Zaciskania zębów - od Kojna.
Patrzenia prosto w oczy - postęp widoczny.

Prawie trzy tygodnie przerwy w Japońskim życiorysie, broń i odznaka zdane.
Urlop.
Teraz muszę nauczyć się tylko WYPOCZYWAĆ.

TBN zostawiam pod opieką Młodej Parze. Mam nadzieję, że dostarczą Wam wrażeń conajmniej równych z dotychczasowymi.

Kierownik wycieczki

Jak już Jola pisała, wszyscy oficjalni redaktorzy TBN byli ostatnio bardzo zajęci :)
Zebrało się na to kilka czynników: pracy i przyjemności.
W sobotę przegoniłem Kojna i Jolę po mieście w poszukiwaniu RiceCookera z 220 voltami dla mojej mamy i czapki dla mnie, W niedzielę zaś byłem przewodnikiem po Kamasutrze (tfu..., Kamakurze).




Nowa adeptka sztuki tajemnej pstrykania i pisania. Bardzo mi miło przedstawić Wam Jolę.


Volvo oczywiście dla Sadka, wagonowi nr 8892 jeszcze nie robiłem zdjęcia więc też jest tu.



Tramwaj do kamakury, w tle Fuji san. Na dole przypadkowy ślub w obrządku shintoistycznym.



A tu Pani Tachi, Chińska restauracja z Chińskim piwem i smok wielki.